Jest lepiej. Zamiast na śniadanie maszerujemy o tej samej nieszczęsnej 8 godzinie (faktycznie jeszcze wtedy temperaturowo jest w miarę znośnie) do kolejnej jaskini i lasu żeby posłuchać małp. Hmm trudno powiedzieć czy te wyraźne skrzeki i popiski to faktycznie małpki były, dla komfortu psychicznego ze względu na porę uznajmy ze tak;)
Po drodze wstępujemy jeszcze do kolejnej jaskini, całkiem podobna do poprzedniej...

Widoki ze i szczyt sam w sobie spektakularne, podejścia drabinkowe i ambitne, więc po – w moim przypadku - zsunięciu się na dół idziemy prosto do szamkę z relaksacyjnym planem na resztę dnia czyli.....
TUUUUUBING!
Znany nam z t-shirtow i relacji innych obieżyświatów, to nic innego tylko spływ na dętkach szlakiem od jednego baru do baru :D w każdym witają nas darmowym szotem z butelek zawierających szerszenie, skorpiony i inne paskudztwa. I tu psikus, bo ledwo wspinamy się po drabince do pierwszego baru zaczyna lać jak z cebra. Pierwszy monsunowy deszczyk za dnia, do tej pory padało tylko nocą. Oki, odczekaliśmy chyba z godzinę i jak gdyby nigdy nic przechodzimy do kolejnej atrakcji czyli ślizgów i skoków do rzeki ze ślizgowej drabinki; wysokość? jakieś 5 metrów, jak mówią. Pierwszy ślizg nieudany, chłopczyk coś nie tak jak trzeba ustawił mi drabinkę i zamiast pomajtać się na linie spadłam prawie prosto do wody; potem było już tylko lepiej! (jak dobrze, o tym będą świadczyć moje kolorowe cztery litery przez najbliższe kilka dni;)
Zdjęć niestety z tubingu i skakania niewiele, Tilmanowa kamera pluskania w rzece nie przetrwała nawet w specjalnie na tą okazję wypożyczonym opakowaniu (za to karta pamięci na szczęście uff! owszem).
Imprezowania na dziś dosyć więc grzecznie pakujemy do chatek i spać!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz