sobota, 23 maja 2009

Co dalej za zakrętem jest…

Kamieni mnóstwo! Zagadka jakości wczorajszej drogi wyjaśniona – dziś znów podążamy tą trasą, która wiedzie aż do chińskiej prowincji Yunnan. Zmylił nas asfalt na początku – gdzie te wyboiste, kręte i nieprzejezdne drogi północy? Przekonujemy się o ich istnieniu już wkrótce, poważnie licząc z możliwością utknięcia pośrodku niczego na czas bliżej nieokreślony w związku z zapowiadanymi ulewami. Dzisiejszy niefart polega na tym, ze z braku ( z oczywistych powodów) transportu nocnego tracimy cały dzień (a dokładniej 10h) na pokonanie 238km na trasie Oudum Xay – Phongsali. Jak głosi jednak nasza podróżnicza Biblia w postaci przewodnika Lonely Planet droga sama w sobie stanowi przygodę a utrzymanie się na swoim siedzeniu w autokarze nie lada wyzwanie.

Zaladunek!

Tym razem jedziemy lokalnym środkiem lokomocji produkcji jeszcze radzieckiej, z oknami pootwieranymi na oścież, sąsiadami z papugami i innymi stworzeniami usadowionymi na kolanach tudzież uwiązanymi do siedzeń i tobołami poutykanymi gdzie się da. Na tle ogólnie spójnego wizerunku rozklekotanego i zakurzonego autobusu wyraźnie odróżnia się srebrne DVD o neonowoniebieskiej poświacie i takież do kompletu głośniki, z których nieprzerwanie, nawet podczas postojów, płyną dźwięki laotańskich hitów. Rzuciło mi się to z reszta już podczas Pi Mai Lao – w każdym, nieważne jak bardzo przypominającym garaż czy barak domu obowiązkowo na wyposażeniu są jakiś odtwarzacz muzyczny i kolumny.



Do azjatyckich rytmów przebijających się przez rumor silnika trzeba jeszcze dopisać ryk klaksonu na co drugim zakręcie, którym kierowca uparcie informuje niby-nadjeżdżający - z naprzeciwka pojazd o konieczności przygotowania do manewru wymijania. Czynność ta wymaga zwolnienia / zatrzymania się / cofnięcia do jakiegoś szerszego pktu na drodze i zabiera ładnych kilka minut. Chyba dlatego, ze zdarza się niezbyt często, może z raz na godzinę, jest atrakcją i urozmaiceniem podroży i ściąga wtedy na lewa stronę pojazdu widownię w komplecie, która - gdyby tylko okna nie były pootwierane – przywarłaby do szyb z ustami szeroko pootwieranymi, w pozycji na tzw. glonojada :D

Tak to sobie jedziemy, powoli pnąc się w gore, a szczęka mimowolnie raz po raz opada w reakcji na widoki wyłaniające się zza kolejnych zakrętów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz