Tym razem jedziemy lokalnym środkiem lokomocji produkcji jeszcze radzieckiej, z oknami pootwieranymi na oścież, sąsiadami z papugami i innymi stworzeniami usadowionymi na kolanach tudzież uwiązanymi do siedzeń i tobołami poutykanymi gdzie się da. Na tle ogólnie spójnego wizerunku rozklekotanego i zakurzonego autobusu wyraźnie odróżnia się srebrne DVD o neonowoniebieskiej poświacie i takież do kompletu głośniki, z których nieprzerwanie, nawet podczas postojów, płyną dźwięki laotańskich hitów. Rzuciło mi się to z reszta już podczas Pi Mai Lao – w każdym, nieważne jak bardzo przypominającym garaż czy barak domu obowiązkowo na wyposażeniu są jakiś odtwarzacz muzyczny i kolumny.
Do azjatyckich rytmów przebijających się przez rumor silnika trzeba jeszcze dopisać ryk klaksonu na co drugim zakręcie, którym kierowca uparcie informuje niby-nadjeżdżający - z naprzeciwka pojazd o konieczności przygotowania do manewru wymijania. Czynność ta wymaga zwolnienia / zatrzymania się / cofnięcia do jakiegoś szerszego pktu na drodze i zabiera ładnych kilka minut. Chyba dlatego, ze zdarza się niezbyt często, może z raz na godzinę, jest atrakcją i urozmaiceniem podroży i ściąga wtedy na lewa stronę pojazdu widownię w komplecie, która - gdyby tylko okna nie były pootwierane – przywarłaby do szyb z ustami szeroko pootwieranymi, w pozycji na tzw. glonojada :D
Tak to sobie jedziemy, powoli pnąc się w gore, a szczęka mimowolnie raz po raz opada w reakcji na widoki wyłaniające się zza kolejnych zakrętów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz