niedziela, 24 maja 2009

Trekking i plemię Akha

Trasę z wioski Ban Moxoxang, położonej w środku dziewiczej dżungli i zamieszkanej przez równie nieskażone cywilizacją plemię Akha do najbliższego miasteczka Ban Neua tubylcy pokonują w dwie godziny. Nam dotarcie tam okrężną drogą zajęło godzin siedem - w ramach dwudniowego trekkingu przez tropikalną dzicz i noclegiem u tutejszych leśnych ludków.

Zaczęliśmy wcześnie rano grupą złożoną z naszej czwórki oraz Angielki Wendy i Francuzki Stephanie pod wodzą Sam Chana, naszego przewodnika.

Sam Chan pochodzi z wioski położonej pod chińską granicą a do Phongsali przyjechał studiować ekonomię. Planuje potem szkolić jeszcze angielski i zostać przewodnikiem a może nawet otworzyć własną agencję w Luang Prabang. Wróżymy mu świetlaną przyszłość, bo towarzyszem wyprawy był świetnym a poza tym już mówi po laotańsku, chińsku (dokładnie nie wiadomo) i angielsku i potrafi trochę tłumaczyć z języka Akha. O samym plemieniu i jego zwyczajach niewiele nam jednak był w stanie powiedzieć, bo to dopiero jego trzecia ekspedycja na ich tereny. Ale po kolei.

Po 3 godzinach wędrówki, przebrnięciu przez zalane pola ryżowe, przekroczeniu dziesiątek strumyków, wspięciu się na niezliczona ilość pagórków i wypoceniu hektolitrów płynów dotarliśmy w porze wczesnoobiadowej do pierwszej wioski Ban Phapounmai, jeszcze nie Akha ale na tyle odseparowanej od głównych dróg, że wartej odwiedzenia i napisania kilku zdań. A tak szczerze to wartej najbardziej tego obiadu, który dla nas na miejscu przygotowali. U „wójta” wioski, w jego wielopokoleniowym domu zostaliśmy uraczeni na początek herbatką, a na obiad zjedliśmy suszonego bawoła, wędzoną wieprzowinę, omlet, rybkę w sosie chili, jakieś gotowane warzywka, bambus i rzecz jasna ryżyk.



48-letni wójt mieszka z żoną i siedmiorgiem dzieci, synową i dwojgiem wnucząt. Drewniany dom na palach ma w środku trzy pomieszczenia: przedpokój, dosyć oficjalny bo wyposażony w długie ławy pod ścianą i listy wyborcze na palach, ozdobiony kilkoma zdjęciami rodzinnymi i kalendarzem. Dalej główna izba, z pryczami wzdłuż jednej ściany i oddzielonymi zasłoną sypialniami po przeciwnej stronie. Na końcu kuchnia: palenisko, nad nim wielka hmm patelnia?, kociołek na ryż i jeszcze trochę sprzętów. Jest jeszcze taras – łazienka z niepełną podłogą, wychodzący z przedpokoju wprost na wioskę, tak ze korzystający z toalety mogą czuć się jak na scenie (wioska położona jest na zboczu a dom wójta stoi wysoko).

My sami stanowiliśmy atrakcje tygodnia albo dwóch, bo z taka częstotliwością mniej więcej pojawiają się w wiosce jacyś turyści. Od początku otoczyły nas dzieci i nie odstępowały na krok. Dawały się chętnie fotografować i roześmiane rozpoznawały potem na zdjęciach. W mieszkaniu panował półmrok więc zdrzemnęliśmy się trochę i wyruszyliśmy dalej.

Akha.



Jedna z mniejszości etnicznych, których w Laosie żyje w sumie 49, z rodziny tybetańsko - birmańskiej jak głosi tekst na ulotce wręczonej mi osobiście przez laotańskiego ambasadora w Warszawie. Posługująca się własnym językiem, jak przekonaliśmy się przy braku odpowiedzi na lao pozdrowienie chwile po przybyciu do ich wioski. Raczej nieśmiali i zdystansowani, trochę apatyczni – odwrotnie do roześmianych i otwartych Laotańczyków. Mimo wszystko gościnni i szczodrzy (druga butelka własnej roboty LaoLao wyciągnięta zza pazuchy przy kolacji ;). Jak objaśnił nam Sam Chan, kobiety niezamężne nie mogą zapuszczać włosów, a po ślubie dodatkowo ozdabiają swoje hmm nakrycia głowy srebrnymi krążkami. Krążkom przyjrzałam się z bliska – dawniej podobno wytwarzane samodzielnie, dziś zastąpione zostały przez francuskie monety z XIX i początków XX wieku, dostępne na markecie w wiosce obok gotowych tasiemek, którymi kobiety ozdabiają rękawy swoich ciemnych strojów. W ogóle tradycyjny strój i egzotyczny wygląd które nas tu przywiodły dotyczą tylko kobiet, nie wiem jak było dawniej... Duzo można pewnie w necie doczytać ale jestem zmuszona zostawić to na potem.

Kiedy późnym popołudniem dotarliśmy w końcu do wioski, większość z 350 mieszkańców pracowała jeszcze w polu/ lesie/ powracała z Ban Neua. Przywitały nas starsze kobiety i wszechobecne dzieciaki. Znowu herbatka, posiedzenie na tarasie, zdjęcia w miarę możliwości bo jest coś odpychającego w błyskaniu ludziom fleszem prosto w oczy, dla nich w sensie dosłownym. Następnie show, czyli prysznic falangów na otwartym terenie zgromadził wokół nas koło wgapiających się drwali i rolników. Po `przedstawieniu ktoś krzyknął nam na odchodnym laotańskie dziękuję (Khop czai!).
Ależ proszę:P



Po kolacji w blasku naftowej ? w każdym razie płomykowej lampki położyliśmy się spać prawie ze słonkiem. Rano nastąpiły niekończące się nopy i khop czaje, po czym wyruszyliśmy w drogę powrotną. Na dole, już w miasteczku przypadkowe spotkanie trzech kobiet Akha zakończyło się sukcesywnym zakupem biżuterii:D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz