piątek, 1 maja 2009

Majówki w Vang Vieng cz.2


Zaczyna się nieciekawie: po nieprzespanej nocy ( ostre napadowe bóle brzucha niepołączone z niczym innym) ledwo żyję kiedy dotaczamy się przed 8 na śniadanie. Apteczka została w Wientian, bo po co zabierać ze sobą jak się nie przydała przez 3 tygodnie? Laotańskim środkom z budy nie ufam. Potem jest trochę lepiej, więc optymistycznie wypożyczamy 3 rowerki i jazda przez pola do pierwszej zatoczki i jaskini tzw. Blue Lagoon. Lagunka – bajorko bardzo zachęcająca, w dodatku cała nasza bo nikogo więcej nie było z turystów, tylko jakieś chłopaczki lokalne pogrywające w nogę i skaczące z drzew do wody. Ja zamiast do lagunki ledwo wtoczyłam się na matę pod strzechę i tak już zastygłam zgięta w pól na czas nieokreślony.



Poeksplorowaliśmy jedną jaskinie – no fantastyczna, po pierwsze nijak nie oznaczona poza budka u podnóża górki (pan zbieracz ryżu dorabia sobie na oplątach wstępu 10 tys kipów (4 zł), nie mamy mu za złe, tym bardziej ze w naszym przypadku z Aaronem gadającym po laotańsku udała się ja niemal całkowicie zniwelować), po drugie w środku totalnie ciemna i pusta, żadnych świateł, ostrzeżeń, znaków ni tp. , za to pełno gigantycznych stalaktytów i stalagmitów (na razie jeszcze pamiętam różnice ale wszystkim się mylą;) pokręcona i wąska i nie wiemy tak naprawdę jak głęboka bo z jedną latarką ciężko było się posuwać naprzód.



Po południu dogorywam najpierw przy papajowym shaku oglądając kultowych tutaj w każdym barze „Przyjaciół” (do wyboru są jeszcze bary The Simpsons i Family Guy, tych to już w ogóle nie ogarniam;) a potem już w hamaku. Przyjeżdżają Tilman i Franzi i jadą eksplorować kolejne jaskinie. A wieczorem omija mnie również kultowe w całej okolicy picie whiskey z wiaderek po lodach w Smile Barze:( a może to był strategiczny błąd w leczeniu, trzeba mi było zastosować terapie wstrząsową?

1 komentarz:

  1. Hi, it's a very great blog.
    I could tell how much efforts you've taken on it.
    Keep doing!

    OdpowiedzUsuń