Po obowiązkowym zwiedzeniu kilku z 32 pozostałych sprzed francuskiej kolonizacji świątyń (watów), narodowego muzeum (w tym królewskich samochodów w zdecydowanej większości podarowanych przez Amerykanów) i próbie wejścia na wzgórze i obejrzenia z bliska Stupy poddajemy się temperaturze i wynajmujemy tuk tuka do równie atrakcyjnych co świątynie ;) wodospadów Kuang Si. Wodospady, lianowe huśtawki i naturalnej konstrukcji bajorka - jacuzzi są fajowe, zostajemy do wieczora. W drodze powrotnej wstępujemy do wioski jakiejś mniejszości, która słynie z wyszywanych ręcznie bransoletek, obrusów itp. ale efekt na markecie jest zupełnie odwrotny od zamierzonego – dzieci wyśpiewujące błagalnym tonem „you can buy it for five thousand” sprawiają, ze uciekamy stamtąd czym prędzej z chęcią pozbawienia języka tego, kto ich tych pieśni chórem wykrzykiwanych wyuczył. Wieczorny punkt programu – nocny targ z setkami lampionów i rękodziełem, na którym z pasją wymuszoną poniekąd koniecznością oddajemy się zbijaniu cen i targowaniu z miejscowymi.
PS Zdjęcia z wodospadów później, moja kamerka nie dotrwała...
.... Kilka tygodni później;) :
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz