czwartek, 30 kwietnia 2009

Majówka w Vang Vieng


O Vang Vieng wieści dochodziły nas zewsząd, od nowozelandzkich fanatyków BeerChang w autobusie z Bangkoku, przez wszystkie przewodniki które wpadły nam w ręce, do krzyczących napisów na koszulkach falangow w Wientian.

Byłam, widziałam, i szczerze stwierdzam, ze żadne tam tłumy balangowiczów ale najpierw natura!!! i wszelkie możliwe sporty i atrakcje łączące wodę i góry. Wspinaczka, rowerki, treking, hmm eksplorowanie jaskiń (caving), pływanie w tychże jaskiniach w ich podziemnych jeziorkach, kajaki, spływy pontonem, spływy na dętce, skakanie z klifów / na Tarzana po ślizgu na linie z wysokości 5-10 m/ z drzewa , siatkówka w błocie, pływanie w lagunkach (meandrach rzeki Xong i innych mniejszych), i czego tam jeszcze spragniona wrażeń dusza zapragnie!

Ale po kolei:

Urwałyśmy się w czwartek z pracy trochę wcześniej, żeby zdążyć jeszcze na popołudniowy autobus do Wang Wieng. Szybkie pakowanie i marszobieg na Dworzec Północny który wg mapy miał być tuż tuż obok domku, przy równoległej ulicy. Po przemaszerowaniu ładnego kawałka dworca ani widu ani słychu, za to stoi przy drodze jakiś biały człowiek w swoim pickupku i rozmawia przez telefon. Rosyjski falang ale co tam, drogę na dworzec znał i miałyśmy w końcu tego stopa (całe – w tej sytuacji aż - 10 min), który początkowo był w planach a potem nie wypalił, bo może lepiej jednak nie wsiadać do samochodu z kierowcą, z którym możliwość porozumienia się ogranicza się do 10 słów, włączając nazwę miejscowości;) Aha, jedziemy we dwie a reszta ma dołączyć w piątek po południu, w drodze powrotnej z Houey Xai, za to na miejscu czeka już Aaron.

towarzystwo!

Jedziemy znowu jakimś wydłużonym pickupem przerobionym na hmm opłacalny środek transportu, z daszkiem załadowanym ananasami i dwiema ławkami na pace. Na trasie zagadkowo: co jakiś czas kierowca hamuje ostro, na pakę ledwo zdąży wskoczyć jakiś obładowany tubylec a kierowca już rusza. Potem podobny scenariusz przy wysiadaniu: z jemu tylko znanych powodów kierowca najpierw trąbi, następnie zatrzymuje się z impetem pośrodku niczego, ktoś wysiada, idzie do okienka kierowcy i wręcza mu jakąś z góry wiadoma kwotę, wycieczka rusza. Dla mnie tylko niewyjaśniona jest sekwencja tych przystanków, bo skoro w pewnym momencie jechało nas chyba z 14, to jak ten kierowca wiedział przy której chatce się zatrzymać? Nie wiadomo.
Dojeżdżamy po 4h (dystans 180km; droga asfaltowa i nawet miejscami bez ubytków, za to kręta i z górki pod górkę), i kierujemy się prosto na spanie do wyhaczonej wcześniej bambusowej chatki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz