
Wyjście z klimatyzowanego terminalu lotniska którego nazwy nie potrafię powtórzyć do jego tropikalnego podziemia wygląda mniej więcej tak, jak to na swoim geologu opisuje Kiclaw: rozsuwają się drzwi, a ty wchodzisz w takie wilgotne, parne, ciepłe ? coś, które cię oblepia, twoja koszula szybko zmienia kolor, oddychasz trochę jak ? ryba i tęsknym wzrokiem odprowadzasz zasuwające się właśni drzwi. Dziarsko kierujemy się naprzód, aby odczekać w tym swoistym terrarium pól godzinki na autobus linii AE1; na szczęście wiemy, gdzie mamy jechać: Khao San Road. Autobus klimatyzowany co prawda ale nie udaje nam się kupić biletów dla miejscowych, wiec zamiast 35 płacimy 150THB. Dalej jest już jak w krzywym zwierciadle: wysiadamy (jest już grubo po północy) na ulicy po której pielgrzymują w tą i z powrotem oplecakowane tłumy, za migających neonów nie można dojrzeć fasad budynków, na ulicy nie wiadomo w który potok ludzi się zanurzyć – plecaki lawirują miedzy tuk-tukami, wózkami z jedzeniem, stoiskami na których można dostać praktycznie wszystko – od sprasowanych pieczonych karaluchów, przez całkiem smaczne Pod Thai (smażony makaron w trzech wersjach: ryżowy, jajeczny, sojowy z jakimś mięsnym dodatkiem również do wyboru , do tego rożne wkładki i kiełki soi), doczepiane dredy, tatuaże z henny i te prawdziwe robione tak zupełnie na hyc, dalej karty ISIC, australijskie prawo jazdy czy certyfikaty TELC wydawane od reki aż po ubrania na europejska modle i koszulki Lacoste. Mydło i powidło. Jako ze już ZA DWA DNI Songkran czyli nowy rok, towarzystwo zaczęło już świętować, tyle za zamiast lokalnych wyznawców buddyzmu można podziwiać rozentuzjazmowane tłumy anglojęzycznych urlopowiczów tradycyjnie już oblewających się wzajemnie woda (nam tez się po plecakach dostało!). Rezygnujemy z obleganej przez nich aczkolwiek polecanej D&D Inn i lokujemy się na ta jedna noc w jakimś marnym hosteliku nad rozbujana w jamajskie rytmy knajpa. Źle nie było, sprawdziłyśmy nawet zawartość pokoju pod materacem aby zasnąć w poczuciu, ze naprawdę mamy pokój tylko dwuosobowy a nie pełen niechcianych lokatorów.

Am frühen Abend ging unser Flug von Macau nach Bangkok, und so nah waren wir unserem Ziel, Laos noch nie, allerdings haben wir es doch vorgezogen erstmal wie geplant in Bangkok Zwischenstopp zu machen, als mit dem Fallschirm abzuspringen. Beim Verlassen des Flugzeuges hatten wir das Gefühl ein Tropenhaus zu betreten, so ein Schall schwül warmer Luft kam uns entgegengeschlagen. Das war also unser Klima für die nächsten 9 Wochen, also sollten wir uns möglichst schnell daran gewöhnen Es ging dann doch mit dem Touri-Bus und nicht mit dem der Einheimischen zur Khao San Road, aber das war trotzdem für die Länge der Strecke für 150 Baht (ca 3,30 Euro) ziemlich günstig. Nachdem wir dort verschiedene Guesthäuser abgeklappert hatten, entschieden wir uns jedoch nicht für das D&D Inn, sondern das Dio Guesthouse. Ich war für den Preis von 130 Baht pro Person pro Nacht ( und somit günstiger als die Busfahrt ;) ) von dem Komfort und der Ausstattung positiv überrascht.
pieczone karaluchy?jamii, bardzo zdrowe, zawieraja duzo bialka.ale czemu sa sprasowane? niesprasowane bylyby bardziej chrupkie,rozumiesz i zapewne smaczniejsze ;(
OdpowiedzUsuńha myślę ze jakby się dobrze przyjrzeć to znalazłyby się i w panierce;) a na pewno jeśli miałabyś ochotę na jakieś swieżuśkie doborowe białko to można sobie było po deszczu upolować na ulicy, od koloru do wyboru (od kremowych po te wypasne czarne) :) reflektujesz?
OdpowiedzUsuń