
Weekend upłynął nam leniwie na śniadaniowaniu, obiadowaniu i studiowaniu w knajpach. Nam, czyli Laurze, Franzi, Aniko, Tilmanowi i mnie, i od dziś Ines, kolejnej współlokatorce która powróciła z tygodniowego urlopu w Tajlandii. Mieszkamy wiec teraz w 6 (pomijając dwa psy i niepoliczalne jaszczurki) w domku z widokiem na Mekong – nieutwardzona uliczka, przy której stoi dom biegnie wzdłuż rzeki, a zamiast pobocza mamy skarpę zsuwającą się do wody, której ze względu na porę roku (kończy się pora sucha) na razie niewiele. Czasem po rzece przepływa piroga, ale największy ruch `panuje na ulicy rano kiedy różnej maści sprzedawcy maszerują pchając swoje drewniane wózki tudzież nosząc zatobołkowane towary “na włóczykija” na pobliski targ.
Dom jest duży, piętrowy, ma białe ściany i brązowe drewniane okna tak jak lubię, a ponadto ganek na którym dajemy rade wytrzymać tylko wieczorkami, gaworząc trochę patrząc na światła iskrzące się na drugim brzegu. Mimo iż wiadomo, ze tam już Tajlandia, a za dnia dostrzec można jakieś domostwa i standardowo kolorową świątynię, czuję się trochę jak w “Dziennikach motocyklowych” albo może jak Kapuściński w strefie przygranicznej, intrygowany i kuszony tym, żeby zobaczyć, co jest dalej, po drugiej stronie=) ale specjalnie dla Ciebie Mamuś nie rzucam się wpław i siedzę wciąż na tym ganku;)

Lokatorzy domku i nasi gospodarze na te kilka tygodni to niemieccy wolontariusze, którzy pracują przez rok w Wientian, głównie jako nauczyciele angielskiego: Laura prowadzi dodatkowe kursy dla studentów, Franzi w przedszkolu, Tilman naucza więźniów i policjantów a Ines pracuje w tutejszym Ministerstwie Edukacji i razem z innymi opracowuje nowe programy i zabawy dla dzieci, które następnie wdrażają w szkołach. Niemiecka Organizacja Rozwoju DED zapewniła mi dojazd na miejsce, a także płaci za utrzymanie: 70e miesięcznie na mieszkanie, tyle samo na jedzenie i kieszonkowe. Podobno wystarcza. Do najpopularniejszych sposobów umilania sobie życia w Wientian należą regularne laotańskie masaże i stołowanie się w lokalnych restauracjach. Na razie próbowałam tylko tego drugiego i przyznam ze po pierwszych kulinarnych wpadkach jest już całkiem niezle, nawet na bazarku spośród suszonych ryb sprzedawanych na patykach jak lizaki i liści (i gałązek!) mięty wymieszanych z jakimiś chrząstkami można upolować takie kwiatki jak banany w cieście (40gr sztuka), Vientiane Fried Chicken (maja identyczna panierkę jak w KFC:), gotowe potrawy z tradycyjnym sticky rice nie wspominając o bogactwie owoców....
Czas płynie syto, lepko i powoli...
Cieszę się, że znalazłam ten wpis w tym miejscu. Nie było cię na ,,skype'' więc już myślałam co tam w dalekim świecie. U nas jest teraz przyzwoita godzina a u was środek nocy ale mam nadzieję, że śpi ci się dobrze z towarzyszkami (wcale nie mam na myśli koleżanek-wolontariuszek). Uważaj na te miejscowe przysmaki, żebyś nie zjadła ,,czegoś". Wiem, że cię kusi nieznane ale trzymaj trochę na wodzy wyobraźnię- nie wszystko co dalekie jest niezwykłe. Jak radzisz sobie z tymi super temperaturami?
OdpowiedzUsuńSama sobie radzę z wpisami i nie wiem jak udało mi się umieścić powyższy tekst na właściwym miejscu. Widzę jednak, że nie pisze mama jak przedtem tylko ,,bożena pisze". Ale to chyba nie ma znaczenia. pa, pa,pa
OdpowiedzUsuńhaha no już zaczęłam się zastanawiać, co to za "Bożena" zaczęła się udzielać... po słowie -kluczu "uważaj..." zagadka się rozwiązała;)
OdpowiedzUsuńNie da się ukryć, ze tydzień wstawania przed godzina 8 rano nie służy mojemu pisaniu (w sumie to niczemu nie służy a już na pewno nie mnie, no poza docieraniem na miejsce na czas). Postanowiłam nie wprowadzać zamętu w postaci megawpisu – skrótu z dzisiejsza data, ale trzymać się dziennej rozkładówki także.. cierpliwości;) temperatury znoszę, dziś tylko 40st upału a wiaterek zerowy.