
Po 14 godzinach jazdy przyszło nam czekać ponad 4 na Tilmana – w Nong Khai jest jednak więcej niż jeden dworzec ? a przynajmniej miejsce gdzie regularnie zatrzymują się autobusy. Z całej wycieczki (składającej się w połowie gdzieś tak z Laotańczyków, resztę stanowili m.in. dwóch obywateli Nowej Zelandii, Szwajcar, jakaś francuska para, dwie z Chile, Rosjanie, Niemka i Polka sztuk jeden) jako jedyne wysiadłyśmy przed granicą. Potem nastąpił mały kryzys czyli spora różnica zdań co do tego, co należy po 3 godzinach czekania uczynić, skoro telefony nie działają a bahty się kończą. Finalnie udało nam się dodzwonić do Tilmana i do spotkania doszło już na moście, do którego dojechałyśmy nie tuk-tukiem, których niezliczona ilość zatrzymywała się kiedy to siedziałyśmy wysychając na wiórek przy drodze, ale całkiem niechcący złapanym na stopa pickupem. Jazda na pace była orzeźwiającym doświadczeniem, głownie za sprawą wylewającej się przy każdym zakręcie podróżującej z nami beczki z woda; poza tym otrzymałyśmy wizytówkę i zaproszenie od pana kierowcy na wypadek gdybyśmy chciały kiedyś zatrzymać się na trochę w Nong Khai=)
Pierwsze wspomnienie z Wientian, którego nie zapomnę to 15 minutowa przeprawa przez miasto na skuterach: najpierw mój "mały" plecak, potem Laura (o niej i pozostałych wolontariuszach później) za kierownicą, za Laurą ja a za mną jeszcze duuuży plecak – i mijające nas autobusy z bagażnikami na dachu:D Po tygodniu spędzonym w podróży, w jednym miejscu nie więcej niż 24h, zostaniemy tu na dłużej=)

Ein Hoch auf unseren Busfahrer, Busfahrer, Busfahrer … Als wir heute morgen nach mehr als 14 stündiger Fahrt, die sich trotz VIP-Bus nicht ganz so deluxe angefühlt hat ( ich hatte leider einen etwas undichten Fensterplatz^^) endlich in der thailändischen Grenzstadt Nong Khai ankamen, waren wir ziemlich erleichtert, denn wir sahen uns schon fast am Ziel. Die Raststätte an der wir hielten war direkt am Mekong und links konnte man schon die Friendship Bridge, die Thailand und Laos miteinander verbindet sehen. Zunächst schien auch alles wie am Schnürchen zu laufen…Tilman, der uns ja extra abholen wollte, meinte er sei schon auf dem Weg und so gut wie da und wir müssten nur noch kurz warten…Gesagt, getan…Dass, kurz auch ein seeeeeeehr dehnbarer Begriff sein kann, wurde uns nach mehr als einer Stunde warten auch klar, nur leider brachten uns unsere Bemühungen ihn nochmal auf seinem Handy zu erreichen nicht wirklich voran, außer, dass ich bei dem Versuch, mir ein Handy von zwei Thais auszuborgen zu einer wahren Attraktion wurde, und sich auf einmal einen Gruppe von ca. 15-20 entzückten Asiaten um mich Farang/ Falang-Frau scharte. Nach weiteren 2 Stunden warten, konnte ich endlich den auch schon leicht verzweifelten Tilman erreichen und wir vereinbarten uns doch gleich an der Brücke zu treffen. Statt ein Tuk Tuk zu nehmen, gingen wir zu Fuß, sah ja nicht so weit entfernt aus die Brücke, doch an der Brücke angekommen, wurden wir trotz geöffneten Tores weitergeschickt und sind bei gefühlten 45°C in der thailändischen Mittagsonne an der Brücke entlanggelaufen. Glücklicherweise hat sich ein wirklich total netter Anwohner unserer erbarmt und uns kurzerhand auf seinem Pick-up hintendrauf zur Brücke gefahren. Auf dem Weg dorthin haben wir auch schon einen ersten Eindruck vom thailändischen Neujahrfest, Sonkran bekommen, denn am Straßenrand und auf den vorbeifahrenden Autos warteten schon die meist jungen Thais mit gezückten Wasserpistolen und –Eimern. Pitschnass und ziemlich erschöpft dann endlich das langersehnte Wiedersehen an der Friendship-Bridge =)
Nachdem wir jetzt endlich in Laos angekommen sind, für Weronika nach 7 Tagen Anreise mit Aufenthalten in 5 Ländern ( Polen, Deutschland, Großbritannien, China, Thailand), von denen keiner viel länger als 24 Std. gedauert hat, bei mir waren‘s „nur“ 5 Tage, haben wir nicht mehr viel gemacht. Von der Grenzstation gings per Chum Boo zum Thalat Sau, dem Morning Market, und von dort aus per Roller zur WG direkt am Mekong. Tilmans Mitbewohnerinnen, Laura und Franzi sind voll sympathisch und Ines, die diese Woche im Urlaub in Thailand ist, werden wir nächste Woche kennenlernen. Am Abend waren wir noch nach einer kleinen unfreiwilligen Roller-Tour durch Vientiane mit Martin und Jakob Essen, nein nicht laotisch, sondern indisch. Und selbst in Laos heißt der Inder „Taj Mahal“ =)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz