czwartek, 16 kwietnia 2009

Taki tygodniowy Śmigus Dyngus || Baci (4), Geburtstagsparty



Scenariusz od 4 dni w zasadzie podobny: pobudka ok. 10.30, prysznic, wychodzimy z domu i hyc motorkami w gości. A to do znajomego pana policjanta, koleżanki z pracy, syna sąsiada... Potem świętowanie (tak tak za dnia a nie w nocy) na śniadanioobiedzie, rytualne LaoBeer (a nawet pojawiło się już LaoLao czyli tutejszy bimber pędzony z/na? ryżu), Baci i kolejka z wiaderkami z wodą przy drodze w oczekiwaniu na wszystkiego świadome i pogodzone z losem ofiary. Wracamy po południu do domu, a z gorąca i LaoBeer chce nam się spać wiec urządzamy małą sjestę. Wieczorkiem wypad do marketu, 3min od domu, zakup kolacji i owoców (a w zasadzie owoców na kolacje) i następnie film, karty, przewodniki, mapy, blog... Odczuwam tu duży głód wiedzy, z racji tego ze przed wyjazdem w ferworze przygotowań nie było czasu na czytanie, a bogactwo kulturowe jest ogromne – książka w dłoń!



P.S. Szczerze obawiam się o przyszłość całego blogowego przedsięwzięcia, jak tak dalej pójdzie. Otóż nie opuszcza mnie a wręcz atakuje ze zdwojoną siłą złośliwość wszelkiej elektroniki – najpierw 3 telefony w ciągu pół roku, następnie zapiaskował się aparat, który teraz znowu nie robi – nie chce się ładować... już z Tatą przedyskutowałam ten problem i mam nadzieję na obejście go zakupem ładowarki do baterii, niemniej jednak uzależniona jestem teraz ze zdjęciami od innych. (No na dobrą sprawę to i tak nie bawiliśmy się wszyscy naraz w Japończyków). Poza tym komputer też spłatał mi psikus i nie chciał się przez jakiś czas włączyć (mimo wyjęcia i włożenia ponownie baterii co zazwyczaj skutkuje), teraz już jest ale na jak długo, zobaczymy...








Wie heißt es schon bei Stephan Remmler:„ Alles hat ein Ende nur die Wurst hat zwei, jawoll mein Schatz, es ist vorbei...“ und genauso sieht es auch mit den Pi Mai Lao Feierlichkeiten aus. Heute war der letzte offizielle Tag und wir haben noch einmal kräftig gefeiert und somit den Partymarathon gebührend beendet, das neue Jahr 2552 feuchtfröhlich begrüßt und mit Sicherheit auch alle Sünden des letzten Jahres von uns gewaschen. Heute waren wir bei Lauras Arbeitskollegin eingeladen, nicht weit von Lauras Arbeitsplatz entfernt und wir haben direkt an bzw. in einem Straßencafé gefeiert. Gemeinsam mit einer Gruppe halbwüchsiger Laotinnen, die alle ein T-Shirt mit Telefonnummer hinten drauf trugen, haben wir nochmal allen Vorbeifahrenden ein nasses „Sokti Phi Mai Lao“ gewünscht. Kulinarisch gabs heut auch eine besondere Abwechslung, denn wir haben thailändische Muscheln probiert….



Am Abend waren wir noch zur Geburtstagsparty von einer der Verkäuferinnen auf dem Markt eingeladen, zu der wir aber nicht mehr hinwollten, weil wir von der ganzen Woche doch schon ziemlich geschlaucht waren…Aber Hunger hatten wir trotzdem noch und so wollten wir eigentlich nur kurz unser Geburtstagsgeschenk vorbeibringen und dann noch schnell was einkaufen…zumindest wars so geplant =) Doch da hatten wir die Rechnung ohne die Gastfreundlichkeit der Laoten gemacht und ehe wir uns versahen, saßen wir schon mitten unter den Geburtstagsgästen am Tisch natürlich mit einem Becher Bier Lao in der Hand. Wie auch in den letzten Tagen wurde wieder ausgelassen gefeiert und getanzt. Besonders lustig ar die Tatsache, dass die Geburtstagsfeier direkt an ihrem Stand stattfand und neben uns das normale Markttreiben herrschte.

1 komentarz:

  1. Siadam do komputera, by pisać swoje sprawy ale oczywiście po drodze zaglądam na stronę mej nie umiejącej siedzieć w miejscu córki- co tam znowu się pojawiło? Odezwała się -to widocznie jest cała i zdrowa skoro miała czas i siłę by bawić się komputerem. Chwila spokoju a potem znów myśl by było tak dalej i nic się nie zdarzyło. Zdjęcia i teksty fajne, ale wolałabym, by moja Weronika była przy mamy spódnicy a by pisał to ktoś inny. Kto to pisze nie trudno zgadnąć - pełna obaw i niepokojów mama!

    OdpowiedzUsuń