czwartek, 30 kwietnia 2009

Majówka w Vang Vieng


O Vang Vieng wieści dochodziły nas zewsząd, od nowozelandzkich fanatyków BeerChang w autobusie z Bangkoku, przez wszystkie przewodniki które wpadły nam w ręce, do krzyczących napisów na koszulkach falangow w Wientian.

Byłam, widziałam, i szczerze stwierdzam, ze żadne tam tłumy balangowiczów ale najpierw natura!!! i wszelkie możliwe sporty i atrakcje łączące wodę i góry. Wspinaczka, rowerki, treking, hmm eksplorowanie jaskiń (caving), pływanie w tychże jaskiniach w ich podziemnych jeziorkach, kajaki, spływy pontonem, spływy na dętce, skakanie z klifów / na Tarzana po ślizgu na linie z wysokości 5-10 m/ z drzewa , siatkówka w błocie, pływanie w lagunkach (meandrach rzeki Xong i innych mniejszych), i czego tam jeszcze spragniona wrażeń dusza zapragnie!

Ale po kolei:

Urwałyśmy się w czwartek z pracy trochę wcześniej, żeby zdążyć jeszcze na popołudniowy autobus do Wang Wieng. Szybkie pakowanie i marszobieg na Dworzec Północny który wg mapy miał być tuż tuż obok domku, przy równoległej ulicy. Po przemaszerowaniu ładnego kawałka dworca ani widu ani słychu, za to stoi przy drodze jakiś biały człowiek w swoim pickupku i rozmawia przez telefon. Rosyjski falang ale co tam, drogę na dworzec znał i miałyśmy w końcu tego stopa (całe – w tej sytuacji aż - 10 min), który początkowo był w planach a potem nie wypalił, bo może lepiej jednak nie wsiadać do samochodu z kierowcą, z którym możliwość porozumienia się ogranicza się do 10 słów, włączając nazwę miejscowości;) Aha, jedziemy we dwie a reszta ma dołączyć w piątek po południu, w drodze powrotnej z Houey Xai, za to na miejscu czeka już Aaron.

towarzystwo!

Jedziemy znowu jakimś wydłużonym pickupem przerobionym na hmm opłacalny środek transportu, z daszkiem załadowanym ananasami i dwiema ławkami na pace. Na trasie zagadkowo: co jakiś czas kierowca hamuje ostro, na pakę ledwo zdąży wskoczyć jakiś obładowany tubylec a kierowca już rusza. Potem podobny scenariusz przy wysiadaniu: z jemu tylko znanych powodów kierowca najpierw trąbi, następnie zatrzymuje się z impetem pośrodku niczego, ktoś wysiada, idzie do okienka kierowcy i wręcza mu jakąś z góry wiadoma kwotę, wycieczka rusza. Dla mnie tylko niewyjaśniona jest sekwencja tych przystanków, bo skoro w pewnym momencie jechało nas chyba z 14, to jak ten kierowca wiedział przy której chatce się zatrzymać? Nie wiadomo.
Dojeżdżamy po 4h (dystans 180km; droga asfaltowa i nawet miejscami bez ubytków, za to kręta i z górki pod górkę), i kierujemy się prosto na spanie do wyhaczonej wcześniej bambusowej chatki.

sobota, 25 kwietnia 2009

Tam, gdzie ryż rośnie


Znowu niedospana, ale co tam – 7.30, sierpy w dłoń! Sobotnie zajęcia w Donkoi czyli tym razem krótki wykład o uprawie ryżu, potem część praktyczna w rytm bębenków i pieśni zagrzewającej do pracy, oraz rozmowa z panem rolnikiem z pola obok (Xuyene w roli tłumacza).


Życie pana zbieracza ryżu w liczbach:

Z poletka, które posiada, podczas jednych żniw ( 2 razy do roku) zbiera 70-80 worków ryżu (wymiarów worka nie znam ale chyba każdy może sobie worek ryżu wyobrazić;), z czego około 30 zjada rodzina ( zona i dwoje dzieci 17 i 13 lat, zdecydowanie poniżej przeciętnej) a pozostałe 50 sprzedaje za 120 tys. kipów ( mniej więcej 50zł) za worek. Rocznie 5000 zł. Dodatkowo (a może na odwrót ? ) nasz zbieracz ryżu trudni się także pracą biurową; ma to szczęście ze w Wientian takowa istnieje, w innych częściach kraju już nie za bardzo.

piątek, 24 kwietnia 2009

Zabawy w sadzenie ciąg dalszy

Jedziemy na wycieczkę z zaprzyjaźnioną Sunshine School (tak, ta sama w której również potencjalnie miałyśmy pracować). Na nowo kupionej famie Madame DiDii, big boss Sunshine School, mamy wraz z dzieciakami z wioski w ramach lekcji ekologii zalesiać pole.


Po sadzeniu i przekazaniu darów dla mieszkańców, ryżyk i ….


...spływ rzeka jupi! Radość głównie stąd, ze wreszcie nastał spokój przeznaczony na popołudniową sjeste (po 5 godzinach snu) urozmaicona przesuwającym się krajobrazem: zieleń, zieleń i jeszcze 150 innych odmian zieleni, zmącony tylko rytmicznym warkotem motorka (takie peke-peke, znowu Cejro się kłania :D)


czwartek, 23 kwietnia 2009

Donkoi czyli po kiego grzyba śmy tu przyszły? ;)

Dwa dni w Donkoi. Zdecydowanie lepiej, niż krzewienie wiedzy idzie mi sadzenie pieczarek (?) . Poza tym robimy torebki na prezenty z odzyskanego papieru, przenosimy grzybki do specjalnej pieczarkarni, robimy spis wszystkich anglojęzycznych książek w bibliotece i jak do tej pory asystowałyśmy w jednej lekcji angielskiego prowadzonej przez Madame Xuyene dla swoich laotańskich wolontariuszy. Po południu standardowe warsztaty pozalekcyjne. Słówko klucz tutaj to “bopeniang” - znaczy powoooli, wyluzuj się i praca nie zając, nie ucieknie :D

Aaron i ... w grzybiarni;)


Xuyene Thi Dangers to osóbka, która zasługuje na szerszy komentarz. Zgodnie z informacją z broszurki: urodzona w Wietnamie, studiowała w Hanoi i na Filipinach. Pracowała społecznie w Bangladeszu, Papui Nowej Gwinei, Wietnamie, Tajlandii, i już od 13 lat w Laosie. W ciągu 10 lat założyła tutaj 5 placówek dla dzieci, zaczynając od Donkoi właśnie, które jest pierwszym tego typu miejscem w całym Laosie, gdzie nie było dotąd żadnych ogólnospołecznych programów rozwojowych ani opieki socjalnej. Jej praca stworzyła podstawy do ich dalszego rozwoju. Przez lata wychowała niektórych z podopiecznych na swoich następców, którzy od początku asystowali jej w organizacji centrów jako wolontariusze, a teraz dzięki stypendiom które ufundowała z pomocą zagranicznych organizacji studiują na na Narodowym Uniwersytecie w Wientian kierunki socjologia i rozwój społeczny, wprowadzone dopiero za jej sprawą cztery lata temu.
Bezpośrednia, świadoma swoich celów, dumna z osiągnięć i zadziwiająco światowa (może za sprawa męża Amerykanina), przy tym roześmiana i jak na prawie 60-latkę w 40 stopniach Celsjusza nadzwyczajnie aktywna i ruchliwa. Dokumentuje wszystko, co robi i tego samego oczekuje od nas (“jeśli chcemy dostać dobre rekomendacje”), co niniejszym czynie=)

Tato, co to za podpucha z tym motorkiem? Jeździ nam się ostrożnie, na razie Aniko za kierownica (miała całe 3 lekcje, ja za to półgodzinny przyspieszony kurs na kat. A zatem poczekam aż dobije do godziny przed wyruszeniem na ulice;)

Wieczorami odkrywamy uroki miejskich basenów i SPA :D

wtorek, 21 kwietnia 2009

"Rozmowy kwalifikacyjne"

W poniedziałek pojechałyśmy do wioski Donkoi pod Wientian, na umówioną rozmowę o prace. Miejsce na wolontariat idealne. Jeśli wyobrazicie sobie niewielką drewnianą wioskę na uboczu, otoczoną zielenią i polami ryżowymi, z czerwoniuśkimi kurzącymi uliczkami przy których chylą się bambusowe plotki – to tak właśnie wygląda Donkoi.

Broszurka pięknie opisuje nam cele, metody itp (“wdrażanie nowych technik nauczania z naciskiem na własny wkład dziecka, podczas promowania zintegrowanej edukacji poprzez zabawę z użyciem laotańskiej kultury i tradycji” - czyżby ktoś się zabierał za awans zawodowy?;) stosowane w tutejszym Centrum Rozwoju (Donkoi Children Development Center & Primary School) Po szkole od razu zaczynają się zajęcia pozalekcyjne. Z założenia maja wspierać kreatywność i laotańskie aktywności, zaczynając od uprawy ryżu poprzez ogrodnictwo, stolarkę, wyplatanie koszyków i mat, tkactwo a na tradycyjnych tańcach, pieśniach i opowiadaniu ludowych historii kończąc. Wykonanie ekstremalnie niskobudżetowe – recyklacja na każdym kroku (rybki i doniczki z butelek, papier mache), wykorzystywanie naturalnych materiałów i wszystkiego, co akurat pod ręka.... Centrum działa praktycznie dzięki pomocy mieszkańców i spontanicznym dotacjom z zagranicy. Ogólne wrażenie bardzo pozytywne.

We wtorek obejrzałyśmy drugą, stołeczną szkołą Sunshine School, ale ta ma już swoich 3 wolontariuszy z Anglii, Danii i Austrii no i w ogóle nie umywa się nawet do Donkoi. Jedziemy krzewić wiedzę na wieś =)

PS A tak naprawdę to przekupiły nas te laotańskie spódnice sinh, którymi obdarowała nas nasza przyszła szefowa na odchodnym w swoim domku.

niedziela, 19 kwietnia 2009

A za oknem Mekong


Weekend upłynął nam leniwie na śniadaniowaniu, obiadowaniu i studiowaniu w knajpach. Nam, czyli Laurze, Franzi, Aniko, Tilmanowi i mnie, i od dziś Ines, kolejnej współlokatorce która powróciła z tygodniowego urlopu w Tajlandii. Mieszkamy wiec teraz w 6 (pomijając dwa psy i niepoliczalne jaszczurki) w domku z widokiem na Mekong – nieutwardzona uliczka, przy której stoi dom biegnie wzdłuż rzeki, a zamiast pobocza mamy skarpę zsuwającą się do wody, której ze względu na porę roku (kończy się pora sucha) na razie niewiele. Czasem po rzece przepływa piroga, ale największy ruch `panuje na ulicy rano kiedy różnej maści sprzedawcy maszerują pchając swoje drewniane wózki tudzież nosząc zatobołkowane towary “na włóczykija” na pobliski targ.

Dom jest duży, piętrowy, ma białe ściany i brązowe drewniane okna tak jak lubię, a ponadto ganek na którym dajemy rade wytrzymać tylko wieczorkami, gaworząc trochę patrząc na światła iskrzące się na drugim brzegu. Mimo iż wiadomo, ze tam już Tajlandia, a za dnia dostrzec można jakieś domostwa i standardowo kolorową świątynię, czuję się trochę jak w “Dziennikach motocyklowych” albo może jak Kapuściński w strefie przygranicznej, intrygowany i kuszony tym, żeby zobaczyć, co jest dalej, po drugiej stronie=) ale specjalnie dla Ciebie Mamuś nie rzucam się wpław i siedzę wciąż na tym ganku;)


Lokatorzy domku i nasi gospodarze na te kilka tygodni to niemieccy wolontariusze, którzy pracują przez rok w Wientian, głównie jako nauczyciele angielskiego: Laura prowadzi dodatkowe kursy dla studentów, Franzi w przedszkolu, Tilman naucza więźniów i policjantów a Ines pracuje w tutejszym Ministerstwie Edukacji i razem z innymi opracowuje nowe programy i zabawy dla dzieci, które następnie wdrażają w szkołach. Niemiecka Organizacja Rozwoju DED zapewniła mi dojazd na miejsce, a także płaci za utrzymanie: 70e miesięcznie na mieszkanie, tyle samo na jedzenie i kieszonkowe. Podobno wystarcza. Do najpopularniejszych sposobów umilania sobie życia w Wientian należą regularne laotańskie masaże i stołowanie się w lokalnych restauracjach. Na razie próbowałam tylko tego drugiego i przyznam ze po pierwszych kulinarnych wpadkach jest już całkiem niezle, nawet na bazarku spośród suszonych ryb sprzedawanych na patykach jak lizaki i liści (i gałązek!) mięty wymieszanych z jakimiś chrząstkami można upolować takie kwiatki jak banany w cieście (40gr sztuka), Vientiane Fried Chicken (maja identyczna panierkę jak w KFC:), gotowe potrawy z tradycyjnym sticky rice nie wspominając o bogactwie owoców....
Czas płynie syto, lepko i powoli...

sobota, 18 kwietnia 2009

Eine bislang unentdeckte Attraktion in Vientiane...



„ Morgenstund hat Gold im Mund“ gemäß diesem Motto hat sich Tilman heut früh schon auf den Weg zum Kolao-Händler gemacht, um die letzten Spuren seines Motorradunfalls beseitigen zu lassen. Anschließend waren Franzi, Weronika, Tilman und ich gemütlich im Croissant d’Or frühstücken. Das Croissant d’Or gehört zwar zu einer Restaurantkette, dennoch ist es sehr hübsch und individuell eingerichtet und das Essen war echt superlecker. Es gab - und das ist in Laos wirklich eine ausgesprochene Seltenheit und selbst für die anderen Volunteers, die schon seit über 6 Monaten in Vientiane sind, war es das allererste Mal :Vollkornbaguette!!! Noch völlig von der leckeren Baguetteüberraschung verzückt, sind wir daraufhin noch ein bisschen durch die Straßen und Ländern von Vientiane gestöbert…

piątek, 17 kwietnia 2009

Freitag : Ruhetag (zumindest fast )


Nach fast einer Woche unterbrochen Party, brauchen selbst die stärksten Partylöwen, also auch wir ein wenig Verschnaufpause. Franzi, Laura und Tilman haben uns ein typisch laotisches Restaurant gezeigt und wir haben Föö und Khao Piak probiert. Beides Nudelsuppen und superlecker. Am Abend konnten wirs dann doch nicht lassen und waren schon wieder weg, da Valle extra aus dem Süden genauergesagt aus Pakse angereist ist. Waren erst bei Kevin zu Hause und haben anschließend im Future gefeiert.

czwartek, 16 kwietnia 2009

Taki tygodniowy Śmigus Dyngus || Baci (4), Geburtstagsparty



Scenariusz od 4 dni w zasadzie podobny: pobudka ok. 10.30, prysznic, wychodzimy z domu i hyc motorkami w gości. A to do znajomego pana policjanta, koleżanki z pracy, syna sąsiada... Potem świętowanie (tak tak za dnia a nie w nocy) na śniadanioobiedzie, rytualne LaoBeer (a nawet pojawiło się już LaoLao czyli tutejszy bimber pędzony z/na? ryżu), Baci i kolejka z wiaderkami z wodą przy drodze w oczekiwaniu na wszystkiego świadome i pogodzone z losem ofiary. Wracamy po południu do domu, a z gorąca i LaoBeer chce nam się spać wiec urządzamy małą sjestę. Wieczorkiem wypad do marketu, 3min od domu, zakup kolacji i owoców (a w zasadzie owoców na kolacje) i następnie film, karty, przewodniki, mapy, blog... Odczuwam tu duży głód wiedzy, z racji tego ze przed wyjazdem w ferworze przygotowań nie było czasu na czytanie, a bogactwo kulturowe jest ogromne – książka w dłoń!



P.S. Szczerze obawiam się o przyszłość całego blogowego przedsięwzięcia, jak tak dalej pójdzie. Otóż nie opuszcza mnie a wręcz atakuje ze zdwojoną siłą złośliwość wszelkiej elektroniki – najpierw 3 telefony w ciągu pół roku, następnie zapiaskował się aparat, który teraz znowu nie robi – nie chce się ładować... już z Tatą przedyskutowałam ten problem i mam nadzieję na obejście go zakupem ładowarki do baterii, niemniej jednak uzależniona jestem teraz ze zdjęciami od innych. (No na dobrą sprawę to i tak nie bawiliśmy się wszyscy naraz w Japończyków). Poza tym komputer też spłatał mi psikus i nie chciał się przez jakiś czas włączyć (mimo wyjęcia i włożenia ponownie baterii co zazwyczaj skutkuje), teraz już jest ale na jak długo, zobaczymy...








Wie heißt es schon bei Stephan Remmler:„ Alles hat ein Ende nur die Wurst hat zwei, jawoll mein Schatz, es ist vorbei...“ und genauso sieht es auch mit den Pi Mai Lao Feierlichkeiten aus. Heute war der letzte offizielle Tag und wir haben noch einmal kräftig gefeiert und somit den Partymarathon gebührend beendet, das neue Jahr 2552 feuchtfröhlich begrüßt und mit Sicherheit auch alle Sünden des letzten Jahres von uns gewaschen. Heute waren wir bei Lauras Arbeitskollegin eingeladen, nicht weit von Lauras Arbeitsplatz entfernt und wir haben direkt an bzw. in einem Straßencafé gefeiert. Gemeinsam mit einer Gruppe halbwüchsiger Laotinnen, die alle ein T-Shirt mit Telefonnummer hinten drauf trugen, haben wir nochmal allen Vorbeifahrenden ein nasses „Sokti Phi Mai Lao“ gewünscht. Kulinarisch gabs heut auch eine besondere Abwechslung, denn wir haben thailändische Muscheln probiert….



Am Abend waren wir noch zur Geburtstagsparty von einer der Verkäuferinnen auf dem Markt eingeladen, zu der wir aber nicht mehr hinwollten, weil wir von der ganzen Woche doch schon ziemlich geschlaucht waren…Aber Hunger hatten wir trotzdem noch und so wollten wir eigentlich nur kurz unser Geburtstagsgeschenk vorbeibringen und dann noch schnell was einkaufen…zumindest wars so geplant =) Doch da hatten wir die Rechnung ohne die Gastfreundlichkeit der Laoten gemacht und ehe wir uns versahen, saßen wir schon mitten unter den Geburtstagsgästen am Tisch natürlich mit einem Becher Bier Lao in der Hand. Wie auch in den letzten Tagen wurde wieder ausgelassen gefeiert und getanzt. Besonders lustig ar die Tatsache, dass die Geburtstagsfeier direkt an ihrem Stand stattfand und neben uns das normale Markttreiben herrschte.

środa, 15 kwietnia 2009

Dla odmiany, Baci




Da ja schon jedes kleine Kind weiß, dass alle guten Dinge bekanntlich 3 sind, waren wir heute auf unserer dritten Baci, diesmal bei der Familie des Vermieters eingeladen. Zuerst hatten wir trotz eigens für uns angefertigter Wegbeschreibungsskizze einige Probleme das Haus zu finden und als wir dann schließlich doch vor der richtigen Haustür standen, sah es nicht so aus, als ob hier gleich eine Baci steigen würde. Tatsächlich waren alle noch mitten in den Vorbereitungen, aber da haben wir alle einfach kräftig mit angepackt und ruck zuck waren wir fertig und es konnte mit der Feier beginnen. Neben den üblichen Baci-Spezialitäten haben wir auf dieser Baci noch zwei weitere laotische Köstlichkeiten probieren können: einmal speziellen extrem teuren Schnaps mit Pilzen und typisch für die Region um Luang Prabang, ich glaube es handelte sich dabei um Khai Phun, getrocknetes und gewürztes Flussmoos. Das allerlustigste an dieser Baci war aber, dass wir endlich auch mal zum Wasserspritzen kamen, und nicht nur die waren die selber nassgemacht wurden =) Natürlich kamen wir beim Wasserspaß nicht zu kurz und auch mit Babypuder wurde, wie man an den Fotos sieht nicht gespart. Der krönende Abschluss dieser Baci war allerdings die Heimfahrt, denn zu fünft hinten auf dem Pick-up, hat das Wasserspritzen gleich nochmal doppelt so viel Spaß gemacht :)

wtorek, 14 kwietnia 2009

Baci z mnichami || Baci die 2te




Na kolejnym Baci udało nam się uczestniczyć w modlitwach i ceremonii obdarowywania mnichów darami i posiłkiem, co w sumie jest tu na porządku dziennym tylko aby popatrzeć czy tez wziąć udział trzeba wcześnie wstać... Miało ono miejsce w prywatnym domu, na warunki polskie możnaby go nawet zakwalifikować jako garaż, z plakatem Bayernu Monachium na odrapanej ścianie i mnichami wraz z wiernymi (gospodarzami, ich przyjaciółmi i naszą gościnną ekipą) siedzącymi wprost przed nimi na podłodze.






Leider haben wir auf unserer gestrigen Baci den zeremoniellen Teil verpasst, weil der meist noch früher stattfindet, und nur die anschließenden Feierlichkeiten miterlebt. Aber heute war Baci Vol.2, und wir hatten mehr Glück. Praktischerweise war die Baci auch gleich bei uns um die Ecke, also mitten in Vientiane. So hatten wir auch gleich noch den Dorf vs. Stadt-Baci-Vergleich =) Bei der heutigen Baci waren 5 Mönche eingeladen, die die Zeremonie agehalten haben. Sie saßen in einer Reihe an der Wand ( an der u. A. FC Bayern Plakate hingen) und vor ihnen stand der Pha khwan, einen kegelförmig aufgehäuften Berg aus allerlei Obst, Bananenblättern und diesen ganz typischen orangenen Blumen, von dem die Baumwollfäden hingen, die später den Baci-Teilnehmern umgebunden wurden. Dann wurden verschiedene buddhistische Mantras im Chor gemurmelt und man musste sich bei bestimmten Schlagwörtern, bei welchen haben uns zum Glück Laura und Franzi gesagt, verneigen und den Boden berühren. Anschließend bekamen die Mönche Essen und nachdem diese sich verköstigt hatten, waren auch die übrigen Gäste dran. Phon, die Gastgeberin hatte eine Woche zuvor geheiratet und hat uns auch ganz stolz ihre Hochzeitsbilder präsentiert.

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

Sokti Pi Mai: Szczęśliwego Nowego 2552 Roku! || Sokti PI Mai: Willkommen im Jahr 2552











Świętowanie zaczęliśmy od ceremonii Baci w wiosce pod Wientian, na którą zaprosił nas …., kolega z pracy a zarazem uczeń Tilmana. Baci jest jedną z najważniejszych ale też i najczęściej urządzanych uroczystości w Laosie, na której mile widziani są wszyscy chętni. Jeśli jest celebrowana przez mnichów, wierni przynoszą ze sobą tace ze stożkiem z liści bananowca wypełnionym kwiatami ? frangipani , a także placki ryżowe, jajka, alkohol, świece oraz bawełniane nici. Sam rytuał opiera się na wypowiadaniu życzeń podczas obwiązywania przegubów rąk białą, pomarańczową lub żółtą bransoletką.

Nasze Baci rozpoczęło się od zlania do suchej nitki – coby polskiej lanoponiedziałkowej tradycji stało się zadość=) W obiegu były wiaderka, pistolety, szlauchy a także bardziej tradycyjne złocone wazy z których starsze kobiety wychlapywały wodę gałązkami okwieconych krzewów. Po polaniu wodą należy obiekt swoich życzeń porządnie wyklepać po plecach. Potem śnioadanioobiad, składający się z tradycyjnych laotańskich potraw (opowiem Wam jak tylko bliżej się z nimi zaznajomię, na tym etapie poza wszechobecnymi kiełkami, klejącym się ryżem khao niao i równie pozlepianym makaronem niewiele zidentyfikowałam). Najbardziej brzemiennym w skutki elementem posiłku było LaoBeer, czyli laotańskie piwo które obok Toyoty wydaje się być głównym sponsorem miasta. Piwo pija się z lodem, ze wspólnej szklanki. W każdej kolejce jedna osoba jest odpowiedzialna za jej dystrybucję: nalewa, podaje pierwszemu przy stole i czeka aż szklaneczka się opróżni. I tak dookoła... i w kółko;) Coś jak wg Cejrowskiego picie cziczy u Indian, tam jednak nawet na chwilę nie można zatrzymać naczynia dla siebie bo stara Indianka która brała odział w jej produkcji własnymi hmm enzymami, nie może wypuścić go z rak. Później nastąpiły tańce w rytmie laotańskich hitów (których liczba jest znacząco ograniczona szacując po ich częstotliwości pojawiania się); jakoś nie było oporu z zaciągnięciem nikogo na taneczne klepisko. Figury tez zabawne, takie połączenie pląsania z nogi na nogę z ruchami nadgarstków czy w ogóle rak we flamenco, o albo wykręcania z sufitu żaróweczek. Jeśli do tego dołączymy tańczący z nami i lejący niestrudzenie szlauch i o dwie głowy niższych od nas, falangow (białych ludzi o długich nosach) Laotańczyków poprzebieranych za kobiety, to już niekwestionowany ubaw po pachy:D

Przyjemnie było sobie pląsać ociekając zimną wodą w ponad 36 stopniowym upale, w otoczeniu serdecznych, roześmianych ludzi, z którymi pomimo bariery językowej udało nam się odnaleźć wspólną drogę komunikacji – czystą radość. Najbardziej zachwyca mnie fakt, ze wszystko było autentyczne i mogłyśmy przeżyć to wydarzenie z tutejszymi mieszkańcami „od środka” a nie stojąc tylko i podpatrując z boku.





Da wir es wie geplant und glücklicherweise sogar rechtzeitig zum großen Neujahrsfest, Pi Mai Lao, das dieses Jahr vom 13.- 16.04., gefeiert wird, nach Laos geschafft haben, geht es auch direkt einen Tag nach unserer Ankunft, also schon heute mit dem großen Feiermarathon los. Tilman und die restliche WG, also auch wir :), sind von einem seiner Arbeitskollegen zu einer Baci (Baasii) bei ihm zu Hause etwas außerhalb von Vientiane, eingeladen worden. Bei einer Baci handelt es sich um ein spezielles, feierliches, laotisches Ritual, bei dem die 32 Schutzgeister des Menschen mittels weißen, gelben oder orangenen Bändern, am Handgelenk festgebunden werden und so den Menschen vor Unheil bewahren und ihm Glück bringen. Anschließend wird ausgelassen gegessen, getrunken, getanzt und gefeiert.

Als wir gegen 11.00 Uhr in dem kleine Dorf in der Nähe der laotischen Hauptstadt ankommen, ist die Feier schon in vollem Gange. Überschwänglich werden wir alle begrüßt und zum Tisch geführt. Danach werden eine Vielzahl von Schüsseln und Tellern auf den Tisch aufgetragen, bis dieser wirklich über und über voll mit verschiedensten Speisen ist. Es gibt ausschließlich typisch laotische Spezialitäten, von denen nicht mal die anderen alle kennen…Die Auswahl ist groß von Laap (spezieller Fleisch-/Fischsalat), über Tam Màak-Hung ( Papayasalat), Zutaten um sich selbst eine Foe (Nudelsuppe) zusammenzustellen und, und, und….Was natürlich bei keinem laotischen Essen fehlen darf, ist Kao Neow ( Klebreis) und Beer Lao. Dieses gehört zu den Lieblingsgetränken der Laoten und wird auch schon morgens getrunken, wobei „streng“ darauf geachtet wird, dass auch jeder genug abbekommt. Das sieht wie folgt aus : Der Gastgeber trinkt ein Glas Beer Lao, meist auf Ex, befüllt es neu und gibt es anschließend im Uhrzeigersinn weiter. Nun sind nacheinander alle Gäste an der Reihe, wobei hinter demjenigen der gerade an der Reihe ist, der Gastgeber steht und aufpasst, dass dieser sein Glas auch austrinkt. So geht es dann immer weiter rund um, wobei es nicht bei einem Glas pro Tischrunde bleibt. Oft werden noch zwei, drei hinzugefügt, sodass es keine Seltenheit ist, dass mehrere Gläser, auch mit anderen Spirituosen gefüllt die Runde machen. Speziell zu Pi Mai Lao wird uns dann auch noch kaltes Wasser in de Rücken geschüttet, das von den Sünden des alten Jahres reinwaschen soll und nebenbei auch noch wohltuend erfrischt. Nach dem Essen wird unter dem Sonnendach zu laotischen Hits getanzt und immer darauf geachtet, dass man nicht zu trocken oder zu nüchtern wird :)

niedziela, 12 kwietnia 2009

Most Przyjaźni || Endlich in LAOS !!!!


Po 14 godzinach jazdy przyszło nam czekać ponad 4 na Tilmana – w Nong Khai jest jednak więcej niż jeden dworzec ? a przynajmniej miejsce gdzie regularnie zatrzymują się autobusy. Z całej wycieczki (składającej się w połowie gdzieś tak z Laotańczyków, resztę stanowili m.in. dwóch obywateli Nowej Zelandii, Szwajcar, jakaś francuska para, dwie z Chile, Rosjanie, Niemka i Polka sztuk jeden) jako jedyne wysiadłyśmy przed granicą. Potem nastąpił mały kryzys czyli spora różnica zdań co do tego, co należy po 3 godzinach czekania uczynić, skoro telefony nie działają a bahty się kończą. Finalnie udało nam się dodzwonić do Tilmana i do spotkania doszło już na moście, do którego dojechałyśmy nie tuk-tukiem, których niezliczona ilość zatrzymywała się kiedy to siedziałyśmy wysychając na wiórek przy drodze, ale całkiem niechcący złapanym na stopa pickupem. Jazda na pace była orzeźwiającym doświadczeniem, głownie za sprawą wylewającej się przy każdym zakręcie podróżującej z nami beczki z woda; poza tym otrzymałyśmy wizytówkę i zaproszenie od pana kierowcy na wypadek gdybyśmy chciały kiedyś zatrzymać się na trochę w Nong Khai=)

Pierwsze wspomnienie z Wientian, którego nie zapomnę to 15 minutowa przeprawa przez miasto na skuterach: najpierw mój "mały" plecak, potem Laura (o niej i pozostałych wolontariuszach później) za kierownicą, za Laurą ja a za mną jeszcze duuuży plecak – i mijające nas autobusy z bagażnikami na dachu:D Po tygodniu spędzonym w podróży, w jednym miejscu nie więcej niż 24h, zostaniemy tu na dłużej=)



Ein Hoch auf unseren Busfahrer, Busfahrer, Busfahrer … Als wir heute morgen nach mehr als 14 stündiger Fahrt, die sich trotz VIP-Bus nicht ganz so deluxe angefühlt hat ( ich hatte leider einen etwas undichten Fensterplatz^^) endlich in der thailändischen Grenzstadt Nong Khai ankamen, waren wir ziemlich erleichtert, denn wir sahen uns schon fast am Ziel. Die Raststätte an der wir hielten war direkt am Mekong und links konnte man schon die Friendship Bridge, die Thailand und Laos miteinander verbindet sehen. Zunächst schien auch alles wie am Schnürchen zu laufen…Tilman, der uns ja extra abholen wollte, meinte er sei schon auf dem Weg und so gut wie da und wir müssten nur noch kurz warten…Gesagt, getan…Dass, kurz auch ein seeeeeeehr dehnbarer Begriff sein kann, wurde uns nach mehr als einer Stunde warten auch klar, nur leider brachten uns unsere Bemühungen ihn nochmal auf seinem Handy zu erreichen nicht wirklich voran, außer, dass ich bei dem Versuch, mir ein Handy von zwei Thais auszuborgen zu einer wahren Attraktion wurde, und sich auf einmal einen Gruppe von ca. 15-20 entzückten Asiaten um mich Farang/ Falang-Frau scharte. Nach weiteren 2 Stunden warten, konnte ich endlich den auch schon leicht verzweifelten Tilman erreichen und wir vereinbarten uns doch gleich an der Brücke zu treffen. Statt ein Tuk Tuk zu nehmen, gingen wir zu Fuß, sah ja nicht so weit entfernt aus die Brücke, doch an der Brücke angekommen, wurden wir trotz geöffneten Tores weitergeschickt und sind bei gefühlten 45°C in der thailändischen Mittagsonne an der Brücke entlanggelaufen. Glücklicherweise hat sich ein wirklich total netter Anwohner unserer erbarmt und uns kurzerhand auf seinem Pick-up hintendrauf zur Brücke gefahren. Auf dem Weg dorthin haben wir auch schon einen ersten Eindruck vom thailändischen Neujahrfest, Sonkran bekommen, denn am Straßenrand und auf den vorbeifahrenden Autos warteten schon die meist jungen Thais mit gezückten Wasserpistolen und –Eimern. Pitschnass und ziemlich erschöpft dann endlich das langersehnte Wiedersehen an der Friendship-Bridge =)

Nachdem wir jetzt endlich in Laos angekommen sind, für Weronika nach 7 Tagen Anreise mit Aufenthalten in 5 Ländern ( Polen, Deutschland, Großbritannien, China, Thailand), von denen keiner viel länger als 24 Std. gedauert hat, bei mir waren‘s „nur“ 5 Tage, haben wir nicht mehr viel gemacht. Von der Grenzstation gings per Chum Boo zum Thalat Sau, dem Morning Market, und von dort aus per Roller zur WG direkt am Mekong. Tilmans Mitbewohnerinnen, Laura und Franzi sind voll sympathisch und Ines, die diese Woche im Urlaub in Thailand ist, werden wir nächste Woche kennenlernen. Am Abend waren wir noch nach einer kleinen unfreiwilligen Roller-Tour durch Vientiane mit Martin und Jakob Essen, nein nicht laotisch, sondern indisch. Und selbst in Laos heißt der Inder „Taj Mahal“ =)

sobota, 11 kwietnia 2009

Bangkok cd || Ratatouille in Bangkok =)


Dziś już nikt nie potrzebuje pistoletów na wodę, Bangkok popłynął w strugach porannego deszczu (to chyba te „okazjonalne, krótkie gorące opady” na początek monsunu). Lało jak z cebra, budki ze śniadaniem gdzieś się pochowały więc poratowałyśmy się w lokalnej sieci sklepów „seven eleven”. Potem brodzenie po ulicy ze śniadaniem w reku w poszukiwaniu a w zasadzie namierzaniu kolejnych to pośredników turystycznych w celu zakupu po jak najkorzystniejszej cenie biletu do Wiantian – chcemy zdążyć na powitanie Nowego Roku :D:D Zapłaciłyśmy jak za mokre zboże 950THB ( dwa razy więcej. niż w pozostałej części roku), ale i tak sporo szczęścia tym ze bilety w ogóle się znalazły jako ze to ostatni kurs przed tygodniowym świętowaniem. Autokar acz piętrowy i klimatyzowany (uff! zapomniałyśmy w końcu spytać), to rzeczywiście pełny. Zamiast 12 godzin jechałyśmy ponad 14, bo trasę zakorkowały masy zmierzających na północ do swego kraju Laotańczyków. W Tajlandii żyje, a w zasadzie pracuje ich 19 milionów, podczas gdy w samym Laosie jedynie 5 mln. O dziwo na drogach dominowały nowiuśkie pick-upy za upakowanymi z tylu całymi rodzinami; naliczyłam na jednym 11 osób. Wysiadamy w Nong Khai, przed Mostem Przyjaźni łączącym Tajlandię z Laosem.





Inzwischen haben wir den Jetlag weitestgehend gut verkraftet und sind heut frisch und munter aus den Federn, naja nicht ganz, aus unseren Bettbezügen geschlüpft. Leider spielt das Wetter nicht so richtig mit, denn auch ohne aus dem Fenster schauen zu müssen, ist es offensichtlich, dass es wie aus Eimern schüttet. Willkommen, Regenzeit!!! =) Aber das haben wir ja auch schon vorher gewusst und so machen wir uns mit unseren modischen Regencapes, Weronika in Hellblau, ich in na was wohl, Rosa natürlich, auf den Weg, um neben Frühstück auch noch ein Busticket nach Nong Khai, der thailändischen Grenzstadt am Mekong, zu erstehen. Leider sind unsere Regencapes nicht so ganz monsuntauglich und so stellen wir uns doch ersteinmal mit den anderen unzähligen Backpackern unter. Und es regnet und regnet und regnet. Statt aufzuhören wird der Regen immer heftiger und wir können zusehen, wie das Wasser auf der Straße steigt. Wenn wir jetzt auf hoher See wären, wurden die Ratten das sinkende Schiff verlassen, hier kommen sie auch so aus Ihren löchern und suchen zum Schreck vieler kreischender weiblicher Backpackerinnen verzweifelt nach einem trockenen Unterschlupf…genauso wie die Kakerlaken und allerlei anderes wanzenartiges Getier^^ Doch auch der stärkste Monsunregen hört irgendwann mal auf und so können wir uns jetzt endlich auf die Suche nach einem günstigen Busticket nach Nordthailand machen. Nachdem wir einige Reisebüros abgeklappert haben, haben wir noch Zeit für ein bisschen „Shopping“ auf der Khao San Road. Unser Bus fährt um 17.00 Uhr und da die Fahrt bis Sonntagmorgen 9 Uhr dauern soll, wollen wir uns mit einem leckeren Essen stärken und beschließen, eines der thailändischen Restaurants auszuprobieren. Vielleicht ein bisschen gewagt vor so einer langen Busfahrt, aber wir haben ja auch vorgesorgt, für den Fall, dass…^^ Danke, Sandra!!! Aber es gab zum Glück keinen Grund zur Besorgnis, haben alles gut überstanden und auch das Essen war lecker, thailändisches Gemüsecurry, auch wenn wir wahrscheinlich den typischen Anfängerfehler gemacht haben und vergessen haben, ein „Mai Pet“ zu unserer Bestellung hinzuzufügen, sodass das Curry zumindest für unseren europäischen Gaumen ein bisschen scharf war :)

piątek, 10 kwietnia 2009

Khao San Rd czyli parodia turystyki || Khao San Road: das Mekka der Backpacker


Wyjście z klimatyzowanego terminalu lotniska którego nazwy nie potrafię powtórzyć do jego tropikalnego podziemia wygląda mniej więcej tak, jak to na swoim geologu opisuje Kiclaw: rozsuwają się drzwi, a ty wchodzisz w takie wilgotne, parne, ciepłe ? coś, które cię oblepia, twoja koszula szybko zmienia kolor, oddychasz trochę jak ? ryba i tęsknym wzrokiem odprowadzasz zasuwające się właśni drzwi. Dziarsko kierujemy się naprzód, aby odczekać w tym swoistym terrarium pól godzinki na autobus linii AE1; na szczęście wiemy, gdzie mamy jechać: Khao San Road. Autobus klimatyzowany co prawda ale nie udaje nam się kupić biletów dla miejscowych, wiec zamiast 35 płacimy 150THB. Dalej jest już jak w krzywym zwierciadle: wysiadamy (jest już grubo po północy) na ulicy po której pielgrzymują w tą i z powrotem oplecakowane tłumy, za migających neonów nie można dojrzeć fasad budynków, na ulicy nie wiadomo w który potok ludzi się zanurzyć – plecaki lawirują miedzy tuk-tukami, wózkami z jedzeniem, stoiskami na których można dostać praktycznie wszystko – od sprasowanych pieczonych karaluchów, przez całkiem smaczne Pod Thai (smażony makaron w trzech wersjach: ryżowy, jajeczny, sojowy z jakimś mięsnym dodatkiem również do wyboru , do tego rożne wkładki i kiełki soi), doczepiane dredy, tatuaże z henny i te prawdziwe robione tak zupełnie na hyc, dalej karty ISIC, australijskie prawo jazdy czy certyfikaty TELC wydawane od reki aż po ubrania na europejska modle i koszulki Lacoste. Mydło i powidło. Jako ze już ZA DWA DNI Songkran czyli nowy rok, towarzystwo zaczęło już świętować, tyle za zamiast lokalnych wyznawców buddyzmu można podziwiać rozentuzjazmowane tłumy anglojęzycznych urlopowiczów tradycyjnie już oblewających się wzajemnie woda (nam tez się po plecakach dostało!). Rezygnujemy z obleganej przez nich aczkolwiek polecanej D&D Inn i lokujemy się na ta jedna noc w jakimś marnym hosteliku nad rozbujana w jamajskie rytmy knajpa. Źle nie było, sprawdziłyśmy nawet zawartość pokoju pod materacem aby zasnąć w poczuciu, ze naprawdę mamy pokój tylko dwuosobowy a nie pełen niechcianych lokatorów.





Am frühen Abend ging unser Flug von Macau nach Bangkok, und so nah waren wir unserem Ziel, Laos noch nie, allerdings haben wir es doch vorgezogen erstmal wie geplant in Bangkok Zwischenstopp zu machen, als mit dem Fallschirm abzuspringen. Beim Verlassen des Flugzeuges hatten wir das Gefühl ein Tropenhaus zu betreten, so ein Schall schwül warmer Luft kam uns entgegengeschlagen. Das war also unser Klima für die nächsten 9 Wochen, also sollten wir uns möglichst schnell daran gewöhnen  Es ging dann doch mit dem Touri-Bus und nicht mit dem der Einheimischen zur Khao San Road, aber das war trotzdem für die Länge der Strecke für 150 Baht (ca 3,30 Euro) ziemlich günstig. Nachdem wir dort verschiedene Guesthäuser abgeklappert hatten, entschieden wir uns jedoch nicht für das D&D Inn, sondern das Dio Guesthouse. Ich war für den Preis von 130 Baht pro Person pro Nacht ( und somit günstiger als die Busfahrt ;) ) von dem Komfort und der Ausstattung positiv überrascht.

W Las Vegas Wschodu || Macau: Kolonialstil & Glücksspiel




Wg przewodnika Macao jest miastem o dwóch twarzach: z jednej strony kamienne fortece, barokowe kościoły, brukowane uliczki i jedzenie (pastelaria!) świadczą o jego kolonialnej, portugalskiej przeszłości– tego oblicza dane nam było ujrzeć niewiele gdyż objuczone plecakami chciałyśmy jedynie na piechotkę przebrnąć odcinek między mieszkaniem Aarona a Venetian Hotel skąd znów odjeżdżał Shuttle Bus na lotnisko; z drugiej to megaskupisko kasyn (jest ich ponad 20) i drapaczy chmur. Macao hazardem stoi, znane na cala Azję, jako ze zarówno w Chinach lądowych jak i w pobliskim HongKongu jest on nielegalny. Wg Aarona w zeszłym roku zyski tutaj przewyższyły obroty w Las Vegas! Pewnie dlatego pomimo, ze za niecałe 41 lat zostanie wcielone do Chin (teraz jest Specjalnym Regionem Administracyjnym, z własną waluta pa-ta-ka;) i np. ruchem lewostronnym w odróżnieniu od Chin kontynentalnych), wciąż budowane są nowe kasyna. Przemaszerowałyśmy przez Venetian, jedno z bardziej znanych. W środku mistrzowie kopii urządzili mini-Wenecję – z gondolkami i placem św. Marka. W Wenecji cyrk, czyli gondolierzy o skośnych rysach ubrani w koszulki w paski i czerwone chusteczki wyśpiewują zakochanym włoskie serenady! Przypatrzcie się z resztą sami=)





Da hat uns der Jetlag wohl doch ein Schippchen geschlagen, denn eigentlich hatten wir unserem Host Aaron groß angekündigt, den Tag für eine Sightseeing-Tour durch Macau zu nutzen, aber leider ist es dann doch nicht so ganz dazugekommen. Wir zwei Schlafmützen =) Aber nichtsdestotrotz haben wir uns zumindest Taipa ein bisschen angeschaut, und so schon mal einen kleinen Eindruck von der Atmosphäre Macaus, den alten portugiesischen Kolonialbauten einerseits und protzigen Glücksspielhöllen und Riesenhotels andererseits bekommen. Auch wenn das vorerst nur ein kleiner Einblick war, eins ist sicher, wir kommen wieder, und zwar schon bald!!! Denn in zwei Monaten führt unser Rückweg von Laos nach Hongkong wieder über Macau und wir haben Aaron schon jetzt fest versprochen, das nächste Mal mehr Zeit einzuplanen, um doch noch in den Genuss einer persönlichen Macau-Sightseeing-Tour zu kommen. Und bis dahin werden wir uns sicher auch an die Zeitumstellung gewöhnt haben ;)

czwartek, 9 kwietnia 2009

Zamiast smoka smog || My blueberry mornings... =)



Air New Zealand się rzeczywiście postarały, aby nam poumilać nam najdłuższy z przewidzianych lotów. W Hong Kongu znów mile zaskoczenie, detale zgodne z instrukcjami które wysłali nam Aaron i Peris z CS. Wysiadamy i zamiast iść z innymi do Immigration Gate kierujemy się prosto do okienka Turbojeta by kupić bilet na prom do Macao i zaoszczędzić tym samym na czasie i opłatach za wizę do HK (zatrzymamy się tu na dłużej w drodze powrotnej, przed Nowa Zelandia). O bagaż się nie troszczymy – oddałyśmy jeszcze przed trefnym lotem do Londynu i aż do Macao mamy z nim spokój. W HK na dworze niby 25 stopni, ale jakoś tak mgliście i szaro. (Później dowiedziałam się, ze w 2004 roku Hong Kong pobił rekord
znalazł się na pierwszym miejscu wśród najbardziej zanieczyszczonych miast świata). Potem bezpłatny Shuttle Bus do Venetian Hotel gdzie czekać ma na nas nie do końca tubylczy host Aaron.







Mit einem superleckeren Blaubeer- Pancake-Frühstück im Bauch und dank der komfortablen Sitze im Flugzeug auch relativ gut erholt, starten wir in den zweiten Tag unseres RTW-Trips. 40 Minuten früher als erwartet, landen wir in Hongkong auf dem Flughafen und machen uns auch gleich wie empfohlen, auf die Suche nach dem Schalter für die Fähre nach Macau. So kommen wir zwar vorerst nicht dazu, einen Fuß auf chinesischen Boden zu setzen, sparen uns dafür aber erheblich Zeit, Mühe und Geld, denn unser Gepäck wird direkt auf die Fähre verfrachtet und wir müssen an keiner Passkontrolle o.Ä. anstehen. Die Fahrt auf der Fähre gibt uns leider relativ wenig Möglichkeit, was von Mainland China oder den umliegenden Inseln zu bekommen, da es leider viel zu diesig / versmogt ist. In Macau können wir endlich unsere Trekkingrucksäcke wieder in die Arme schließen und zum Glück ist bei den ganzen Gepäcktransfers nichts verloren oder kaputt gegangen =) Per kostenlosem Shuttlebus geht’s zum Venetion Hotel auf Taipa, einer mit atemberaubenden Brücken verbundenen Landaufschüttung von Macau. Zugegeben, ich hatte vorher echt keine Ahnung was ich mir unter Macau vorstellen soll, ich hatte gedacht es wäre einfach nur notwendiger Stop, um günstig nach Bangkok zu fliegen, aber Macau ist echt sehenswert. Allein das Venetion Hotel ist schon (fast) eine Attraktion, denn wie der Name schon sagt, wurde dieser Hotel- und Entertainmentkomplex unter das Motto der weltbekannten italienischen Lagunenstadt gestellt und die Architektur samt Kanälen und Fassaden nachempfunden bzw. nahezu perfekt kopiert, sodass wirklich der Eindruck entsteht man befände sich nicht in einer Sonderverwaltungszone Chinas, sondern mitten an der italienischen Adriaküste. Anders als in Venedig herrscht in Macau immer << Dolce Vita>> bei blauem Himmel und vereinzelten, romantischen Schäfchenwölkchen, denn selbst der Himmel ist mehr Schein als Sein…