czwartek, 28 maja 2009
Znowu w Wang Wieng
Tubing po rwącej, wciąż wzbierającej rzece, najbardziej oczekiwany w części jaskiniowej okazał się niemożliwy ze względu na zbyt wysoki tamże poziom wody. Wypożyczamy motorek i śmigamy po okolicy, m.in. do ekologicznej farmy z hodowla jedwabników i wszechobecnymi morwami z których jak się okazuje można do jedzenia wyczarować prawie wszystko – od herbaty po drinki i pysznościowe naleśniki. Następnie owocowo – koktajlowa relaksacja i po dwugodzinnym oczekiwaniu przy drodze na busa na weekend powracamy do Wientian.
Etykiety:
laos,
Vang Vieng
Luang Prabang cd.
Leniwe szwendanie się po zielonych uliczkach na zmianę zabudowanych watami i pozostałościami francuskiej architektury kolonialnej; ponad 600 budynków ma status historycznych zabytków i jest chronionych przez UNESCO. Wieczorkiem wybywamy do Wang Wieng.
Etykiety:
laos,
Luang Prabang
środa, 27 maja 2009
Dawna stolica. Luang Phrabang
Luang Prabang. Perełka Laosu, była stolica Królestwa Miliona Słoni wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO pomimo tego, ze jest najchętniej odwiedzanym przez turystów miejscem w kraju, tchnie spokojem i rozleniwia.

Po obowiązkowym zwiedzeniu kilku z 32 pozostałych sprzed francuskiej kolonizacji świątyń (watów), narodowego muzeum (w tym królewskich samochodów w zdecydowanej większości podarowanych przez Amerykanów) i próbie wejścia na wzgórze i obejrzenia z bliska Stupy poddajemy się temperaturze i wynajmujemy tuk tuka do równie atrakcyjnych co świątynie ;) wodospadów Kuang Si. Wodospady, lianowe huśtawki i naturalnej konstrukcji bajorka - jacuzzi są fajowe, zostajemy do wieczora. W drodze powrotnej wstępujemy do wioski jakiejś mniejszości, która słynie z wyszywanych ręcznie bransoletek, obrusów itp. ale efekt na markecie jest zupełnie odwrotny od zamierzonego – dzieci wyśpiewujące błagalnym tonem „you can buy it for five thousand” sprawiają, ze uciekamy stamtąd czym prędzej z chęcią pozbawienia języka tego, kto ich tych pieśni chórem wykrzykiwanych wyuczył. Wieczorny punkt programu – nocny targ z setkami lampionów i rękodziełem, na którym z pasją wymuszoną poniekąd koniecznością oddajemy się zbijaniu cen i targowaniu z miejscowymi.
PS Zdjęcia z wodospadów później, moja kamerka nie dotrwała...
.... Kilka tygodni później;) :


Po obowiązkowym zwiedzeniu kilku z 32 pozostałych sprzed francuskiej kolonizacji świątyń (watów), narodowego muzeum (w tym królewskich samochodów w zdecydowanej większości podarowanych przez Amerykanów) i próbie wejścia na wzgórze i obejrzenia z bliska Stupy poddajemy się temperaturze i wynajmujemy tuk tuka do równie atrakcyjnych co świątynie ;) wodospadów Kuang Si. Wodospady, lianowe huśtawki i naturalnej konstrukcji bajorka - jacuzzi są fajowe, zostajemy do wieczora. W drodze powrotnej wstępujemy do wioski jakiejś mniejszości, która słynie z wyszywanych ręcznie bransoletek, obrusów itp. ale efekt na markecie jest zupełnie odwrotny od zamierzonego – dzieci wyśpiewujące błagalnym tonem „you can buy it for five thousand” sprawiają, ze uciekamy stamtąd czym prędzej z chęcią pozbawienia języka tego, kto ich tych pieśni chórem wykrzykiwanych wyuczył. Wieczorny punkt programu – nocny targ z setkami lampionów i rękodziełem, na którym z pasją wymuszoną poniekąd koniecznością oddajemy się zbijaniu cen i targowaniu z miejscowymi.
PS Zdjęcia z wodospadów później, moja kamerka nie dotrwała...
.... Kilka tygodni później;) :
Etykiety:
laos,
Luang Phrabang
niedziela, 24 maja 2009
Trekking i plemię Akha
Trasę z wioski Ban Moxoxang, położonej w środku dziewiczej dżungli i zamieszkanej przez równie nieskażone cywilizacją plemię Akha do najbliższego miasteczka Ban Neua tubylcy pokonują w dwie godziny. Nam dotarcie tam okrężną drogą zajęło godzin siedem - w ramach dwudniowego trekkingu przez tropikalną dzicz i noclegiem u tutejszych leśnych ludków.
Zaczęliśmy wcześnie rano grupą złożoną z naszej czwórki oraz Angielki Wendy i Francuzki Stephanie pod wodzą Sam Chana, naszego przewodnika.
Sam Chan pochodzi z wioski położonej pod chińską granicą a do Phongsali przyjechał studiować ekonomię. Planuje potem szkolić jeszcze angielski i zostać przewodnikiem a może nawet otworzyć własną agencję w Luang Prabang. Wróżymy mu świetlaną przyszłość, bo towarzyszem wyprawy był świetnym a poza tym już mówi po laotańsku, chińsku (dokładnie nie wiadomo) i angielsku i potrafi trochę tłumaczyć z języka Akha. O samym plemieniu i jego zwyczajach niewiele nam jednak był w stanie powiedzieć, bo to dopiero jego trzecia ekspedycja na ich tereny. Ale po kolei.
Po 3 godzinach wędrówki, przebrnięciu przez zalane pola ryżowe, przekroczeniu dziesiątek strumyków, wspięciu się na niezliczona ilość pagórków i wypoceniu hektolitrów płynów dotarliśmy w porze wczesnoobiadowej do pierwszej wioski Ban Phapounmai, jeszcze nie Akha ale na tyle odseparowanej od głównych dróg, że wartej odwiedzenia i napisania kilku zdań. A tak szczerze to wartej najbardziej tego obiadu, który dla nas na miejscu przygotowali. U „wójta” wioski, w jego wielopokoleniowym domu zostaliśmy uraczeni na początek herbatką, a na obiad zjedliśmy suszonego bawoła, wędzoną wieprzowinę, omlet, rybkę w sosie chili, jakieś gotowane warzywka, bambus i rzecz jasna ryżyk.
48-letni wójt mieszka z żoną i siedmiorgiem dzieci, synową i dwojgiem wnucząt. Drewniany dom na palach ma w środku trzy pomieszczenia: przedpokój, dosyć oficjalny bo wyposażony w długie ławy pod ścianą i listy wyborcze na palach, ozdobiony kilkoma zdjęciami rodzinnymi i kalendarzem. Dalej główna izba, z pryczami wzdłuż jednej ściany i oddzielonymi zasłoną sypialniami po przeciwnej stronie. Na końcu kuchnia: palenisko, nad nim wielka hmm patelnia?, kociołek na ryż i jeszcze trochę sprzętów. Jest jeszcze taras – łazienka z niepełną podłogą, wychodzący z przedpokoju wprost na wioskę, tak ze korzystający z toalety mogą czuć się jak na scenie (wioska położona jest na zboczu a dom wójta stoi wysoko).
My sami stanowiliśmy atrakcje tygodnia albo dwóch, bo z taka częstotliwością mniej więcej pojawiają się w wiosce jacyś turyści. Od początku otoczyły nas dzieci i nie odstępowały na krok. Dawały się chętnie fotografować i roześmiane rozpoznawały potem na zdjęciach. W mieszkaniu panował półmrok więc zdrzemnęliśmy się trochę i wyruszyliśmy dalej.
Akha.

Jedna z mniejszości etnicznych, których w Laosie żyje w sumie 49, z rodziny tybetańsko - birmańskiej jak głosi tekst na ulotce wręczonej mi osobiście przez laotańskiego ambasadora w Warszawie. Posługująca się własnym językiem, jak przekonaliśmy się przy braku odpowiedzi na lao pozdrowienie chwile po przybyciu do ich wioski. Raczej nieśmiali i zdystansowani, trochę apatyczni – odwrotnie do roześmianych i otwartych Laotańczyków. Mimo wszystko gościnni i szczodrzy (druga butelka własnej roboty LaoLao wyciągnięta zza pazuchy przy kolacji ;). Jak objaśnił nam Sam Chan, kobiety niezamężne nie mogą zapuszczać włosów, a po ślubie dodatkowo ozdabiają swoje hmm nakrycia głowy srebrnymi krążkami. Krążkom przyjrzałam się z bliska – dawniej podobno wytwarzane samodzielnie, dziś zastąpione zostały przez francuskie monety z XIX i początków XX wieku, dostępne na markecie w wiosce obok gotowych tasiemek, którymi kobiety ozdabiają rękawy swoich ciemnych strojów. W ogóle tradycyjny strój i egzotyczny wygląd które nas tu przywiodły dotyczą tylko kobiet, nie wiem jak było dawniej... Duzo można pewnie w necie doczytać ale jestem zmuszona zostawić to na potem.
Kiedy późnym popołudniem dotarliśmy w końcu do wioski, większość z 350 mieszkańców pracowała jeszcze w polu/ lesie/ powracała z Ban Neua. Przywitały nas starsze kobiety i wszechobecne dzieciaki. Znowu herbatka, posiedzenie na tarasie, zdjęcia w miarę możliwości bo jest coś odpychającego w błyskaniu ludziom fleszem prosto w oczy, dla nich w sensie dosłownym. Następnie show, czyli prysznic falangów na otwartym terenie zgromadził wokół nas koło wgapiających się drwali i rolników. Po `przedstawieniu ktoś krzyknął nam na odchodnym laotańskie dziękuję (Khop czai!).
Ależ proszę:P

Po kolacji w blasku naftowej ? w każdym razie płomykowej lampki położyliśmy się spać prawie ze słonkiem. Rano nastąpiły niekończące się nopy i khop czaje, po czym wyruszyliśmy w drogę powrotną. Na dole, już w miasteczku przypadkowe spotkanie trzech kobiet Akha zakończyło się sukcesywnym zakupem biżuterii:D
Zaczęliśmy wcześnie rano grupą złożoną z naszej czwórki oraz Angielki Wendy i Francuzki Stephanie pod wodzą Sam Chana, naszego przewodnika.
Sam Chan pochodzi z wioski położonej pod chińską granicą a do Phongsali przyjechał studiować ekonomię. Planuje potem szkolić jeszcze angielski i zostać przewodnikiem a może nawet otworzyć własną agencję w Luang Prabang. Wróżymy mu świetlaną przyszłość, bo towarzyszem wyprawy był świetnym a poza tym już mówi po laotańsku, chińsku (dokładnie nie wiadomo) i angielsku i potrafi trochę tłumaczyć z języka Akha. O samym plemieniu i jego zwyczajach niewiele nam jednak był w stanie powiedzieć, bo to dopiero jego trzecia ekspedycja na ich tereny. Ale po kolei.
Po 3 godzinach wędrówki, przebrnięciu przez zalane pola ryżowe, przekroczeniu dziesiątek strumyków, wspięciu się na niezliczona ilość pagórków i wypoceniu hektolitrów płynów dotarliśmy w porze wczesnoobiadowej do pierwszej wioski Ban Phapounmai, jeszcze nie Akha ale na tyle odseparowanej od głównych dróg, że wartej odwiedzenia i napisania kilku zdań. A tak szczerze to wartej najbardziej tego obiadu, który dla nas na miejscu przygotowali. U „wójta” wioski, w jego wielopokoleniowym domu zostaliśmy uraczeni na początek herbatką, a na obiad zjedliśmy suszonego bawoła, wędzoną wieprzowinę, omlet, rybkę w sosie chili, jakieś gotowane warzywka, bambus i rzecz jasna ryżyk.
48-letni wójt mieszka z żoną i siedmiorgiem dzieci, synową i dwojgiem wnucząt. Drewniany dom na palach ma w środku trzy pomieszczenia: przedpokój, dosyć oficjalny bo wyposażony w długie ławy pod ścianą i listy wyborcze na palach, ozdobiony kilkoma zdjęciami rodzinnymi i kalendarzem. Dalej główna izba, z pryczami wzdłuż jednej ściany i oddzielonymi zasłoną sypialniami po przeciwnej stronie. Na końcu kuchnia: palenisko, nad nim wielka hmm patelnia?, kociołek na ryż i jeszcze trochę sprzętów. Jest jeszcze taras – łazienka z niepełną podłogą, wychodzący z przedpokoju wprost na wioskę, tak ze korzystający z toalety mogą czuć się jak na scenie (wioska położona jest na zboczu a dom wójta stoi wysoko).
My sami stanowiliśmy atrakcje tygodnia albo dwóch, bo z taka częstotliwością mniej więcej pojawiają się w wiosce jacyś turyści. Od początku otoczyły nas dzieci i nie odstępowały na krok. Dawały się chętnie fotografować i roześmiane rozpoznawały potem na zdjęciach. W mieszkaniu panował półmrok więc zdrzemnęliśmy się trochę i wyruszyliśmy dalej.
Akha.
Jedna z mniejszości etnicznych, których w Laosie żyje w sumie 49, z rodziny tybetańsko - birmańskiej jak głosi tekst na ulotce wręczonej mi osobiście przez laotańskiego ambasadora w Warszawie. Posługująca się własnym językiem, jak przekonaliśmy się przy braku odpowiedzi na lao pozdrowienie chwile po przybyciu do ich wioski. Raczej nieśmiali i zdystansowani, trochę apatyczni – odwrotnie do roześmianych i otwartych Laotańczyków. Mimo wszystko gościnni i szczodrzy (druga butelka własnej roboty LaoLao wyciągnięta zza pazuchy przy kolacji ;). Jak objaśnił nam Sam Chan, kobiety niezamężne nie mogą zapuszczać włosów, a po ślubie dodatkowo ozdabiają swoje hmm nakrycia głowy srebrnymi krążkami. Krążkom przyjrzałam się z bliska – dawniej podobno wytwarzane samodzielnie, dziś zastąpione zostały przez francuskie monety z XIX i początków XX wieku, dostępne na markecie w wiosce obok gotowych tasiemek, którymi kobiety ozdabiają rękawy swoich ciemnych strojów. W ogóle tradycyjny strój i egzotyczny wygląd które nas tu przywiodły dotyczą tylko kobiet, nie wiem jak było dawniej... Duzo można pewnie w necie doczytać ale jestem zmuszona zostawić to na potem.
Kiedy późnym popołudniem dotarliśmy w końcu do wioski, większość z 350 mieszkańców pracowała jeszcze w polu/ lesie/ powracała z Ban Neua. Przywitały nas starsze kobiety i wszechobecne dzieciaki. Znowu herbatka, posiedzenie na tarasie, zdjęcia w miarę możliwości bo jest coś odpychającego w błyskaniu ludziom fleszem prosto w oczy, dla nich w sensie dosłownym. Następnie show, czyli prysznic falangów na otwartym terenie zgromadził wokół nas koło wgapiających się drwali i rolników. Po `przedstawieniu ktoś krzyknął nam na odchodnym laotańskie dziękuję (Khop czai!).
Ależ proszę:P
Po kolacji w blasku naftowej ? w każdym razie płomykowej lampki położyliśmy się spać prawie ze słonkiem. Rano nastąpiły niekończące się nopy i khop czaje, po czym wyruszyliśmy w drogę powrotną. Na dole, już w miasteczku przypadkowe spotkanie trzech kobiet Akha zakończyło się sukcesywnym zakupem biżuterii:D
sobota, 23 maja 2009
Co dalej za zakrętem jest…
Kamieni mnóstwo! Zagadka jakości wczorajszej drogi wyjaśniona – dziś znów podążamy tą trasą, która wiedzie aż do chińskiej prowincji Yunnan. Zmylił nas asfalt na początku – gdzie te wyboiste, kręte i nieprzejezdne drogi północy? Przekonujemy się o ich istnieniu już wkrótce, poważnie licząc z możliwością utknięcia pośrodku niczego na czas bliżej nieokreślony w związku z zapowiadanymi ulewami. Dzisiejszy niefart polega na tym, ze z braku ( z oczywistych powodów) transportu nocnego tracimy cały dzień (a dokładniej 10h) na pokonanie 238km na trasie Oudum Xay – Phongsali. Jak głosi jednak nasza podróżnicza Biblia w postaci przewodnika Lonely Planet droga sama w sobie stanowi przygodę a utrzymanie się na swoim siedzeniu w autokarze nie lada wyzwanie.
Zaladunek!
Tym razem jedziemy lokalnym środkiem lokomocji produkcji jeszcze radzieckiej, z oknami pootwieranymi na oścież, sąsiadami z papugami i innymi stworzeniami usadowionymi na kolanach tudzież uwiązanymi do siedzeń i tobołami poutykanymi gdzie się da. Na tle ogólnie spójnego wizerunku rozklekotanego i zakurzonego autobusu wyraźnie odróżnia się srebrne DVD o neonowoniebieskiej poświacie i takież do kompletu głośniki, z których nieprzerwanie, nawet podczas postojów, płyną dźwięki laotańskich hitów. Rzuciło mi się to z reszta już podczas Pi Mai Lao – w każdym, nieważne jak bardzo przypominającym garaż czy barak domu obowiązkowo na wyposażeniu są jakiś odtwarzacz muzyczny i kolumny.

Do azjatyckich rytmów przebijających się przez rumor silnika trzeba jeszcze dopisać ryk klaksonu na co drugim zakręcie, którym kierowca uparcie informuje niby-nadjeżdżający - z naprzeciwka pojazd o konieczności przygotowania do manewru wymijania. Czynność ta wymaga zwolnienia / zatrzymania się / cofnięcia do jakiegoś szerszego pktu na drodze i zabiera ładnych kilka minut. Chyba dlatego, ze zdarza się niezbyt często, może z raz na godzinę, jest atrakcją i urozmaiceniem podroży i ściąga wtedy na lewa stronę pojazdu widownię w komplecie, która - gdyby tylko okna nie były pootwierane – przywarłaby do szyb z ustami szeroko pootwieranymi, w pozycji na tzw. glonojada :D
Tak to sobie jedziemy, powoli pnąc się w gore, a szczęka mimowolnie raz po raz opada w reakcji na widoki wyłaniające się zza kolejnych zakrętów.
Tym razem jedziemy lokalnym środkiem lokomocji produkcji jeszcze radzieckiej, z oknami pootwieranymi na oścież, sąsiadami z papugami i innymi stworzeniami usadowionymi na kolanach tudzież uwiązanymi do siedzeń i tobołami poutykanymi gdzie się da. Na tle ogólnie spójnego wizerunku rozklekotanego i zakurzonego autobusu wyraźnie odróżnia się srebrne DVD o neonowoniebieskiej poświacie i takież do kompletu głośniki, z których nieprzerwanie, nawet podczas postojów, płyną dźwięki laotańskich hitów. Rzuciło mi się to z reszta już podczas Pi Mai Lao – w każdym, nieważne jak bardzo przypominającym garaż czy barak domu obowiązkowo na wyposażeniu są jakiś odtwarzacz muzyczny i kolumny.
Do azjatyckich rytmów przebijających się przez rumor silnika trzeba jeszcze dopisać ryk klaksonu na co drugim zakręcie, którym kierowca uparcie informuje niby-nadjeżdżający - z naprzeciwka pojazd o konieczności przygotowania do manewru wymijania. Czynność ta wymaga zwolnienia / zatrzymania się / cofnięcia do jakiegoś szerszego pktu na drodze i zabiera ładnych kilka minut. Chyba dlatego, ze zdarza się niezbyt często, może z raz na godzinę, jest atrakcją i urozmaiceniem podroży i ściąga wtedy na lewa stronę pojazdu widownię w komplecie, która - gdyby tylko okna nie były pootwierane – przywarłaby do szyb z ustami szeroko pootwieranymi, w pozycji na tzw. glonojada :D
Tak to sobie jedziemy, powoli pnąc się w gore, a szczęka mimowolnie raz po raz opada w reakcji na widoki wyłaniające się zza kolejnych zakrętów.
piątek, 22 maja 2009
Kierunek: północ
Nocny autobus VIP, w którym nasza 4-osobowa ekipa ( Franzi, Aniko, Tilman i ja) stanowiła jedyną reprezentację falangów, wywiózł nas daleko na północ.
Według ulotki, która dostałam na miejscu w biurze turystycznym Oudum (czy tez Muang) Xay to stolica prowincji uformowana przez kilka małych wiosek, co widać z resztą na pierwszy rzut oka po zejściu z głównej drogi.
Dla pewności jednak z samego rana, zaraz po przybyciu i zostawieniu plecaków u Martina, wspinamy się na wzgórze aby z bliska obejrzeć tutejszą Stupę ( czyli kopiec zakonczony iglicą zawierający relikwie) i miasto z góry. Martin to kolejny wolontariusz na roczną kadencję; mieszka i pracuje w Oudum Xay wraz z dwójką innych Niemców w dla Światowego Programu Żywienia przy ONZ.

Pod nieobecność pozostałych, którzy pojechali popracować w teren, bierzemy ich motorki i śmigamy... nad rzekę po prostu, jak się na końcu okazało, bo całą drogę byłam przekonana, że nad wodospad. Takie nieporozumienie lingwistyczne.
Po drodze zahaczamy jeszcze o jakąś świątynkę na uboczu, szpital polowy (Franzi już na antybiotykach po kolejnej infekcji, miała poślizg na motorku) i oglądnęliśmy z daleka wakacyjną rezydencję księżniczki Tajlandii.
Po drodze – właśnie, jakiej drodze;) Wąskiej, o dziwo dobrze utwardzonej za to biegnącej serpentynami pomiędzy górkami a czasem wzdłuż rzeki, którą widzimy wtedy w dole u podnóża. W górze za to regularny PRIMARY FOREST z wszelkimi odcieniami zieleni przetykanej jasnymi bambusowymi chatkami. Przejażdżka fantastyczna: 60 km/h (! ;), wiatr we włosach, widoki – ihaa :P
Według ulotki, która dostałam na miejscu w biurze turystycznym Oudum (czy tez Muang) Xay to stolica prowincji uformowana przez kilka małych wiosek, co widać z resztą na pierwszy rzut oka po zejściu z głównej drogi.
Dla pewności jednak z samego rana, zaraz po przybyciu i zostawieniu plecaków u Martina, wspinamy się na wzgórze aby z bliska obejrzeć tutejszą Stupę ( czyli kopiec zakonczony iglicą zawierający relikwie) i miasto z góry. Martin to kolejny wolontariusz na roczną kadencję; mieszka i pracuje w Oudum Xay wraz z dwójką innych Niemców w dla Światowego Programu Żywienia przy ONZ.
Pod nieobecność pozostałych, którzy pojechali popracować w teren, bierzemy ich motorki i śmigamy... nad rzekę po prostu, jak się na końcu okazało, bo całą drogę byłam przekonana, że nad wodospad. Takie nieporozumienie lingwistyczne.
Po drodze zahaczamy jeszcze o jakąś świątynkę na uboczu, szpital polowy (Franzi już na antybiotykach po kolejnej infekcji, miała poślizg na motorku) i oglądnęliśmy z daleka wakacyjną rezydencję księżniczki Tajlandii.
Po drodze – właśnie, jakiej drodze;) Wąskiej, o dziwo dobrze utwardzonej za to biegnącej serpentynami pomiędzy górkami a czasem wzdłuż rzeki, którą widzimy wtedy w dole u podnóża. W górze za to regularny PRIMARY FOREST z wszelkimi odcieniami zieleni przetykanej jasnymi bambusowymi chatkami. Przejażdżka fantastyczna: 60 km/h (! ;), wiatr we włosach, widoki – ihaa :P
wtorek, 19 maja 2009
Pożegnanie z Donkoi
Lezka w oku sie co niektorym zakrecila podczas ceremonii, jaka na pozegnanie urzadzili nam w Donkoi: teatrzyk specjalnie na te okolicznosc, kwiaty, piesni chwalebne i listy dziekczynne od (prawie) kazdego! My za to zgotowalysmy, choc niestety nie doslownie, wspolny obiad i baardzo ambitna, z lekka przydluga lekcje celem nadrobienia tych wszystkich zaleglosci, ktore sie porobily przez minione 4 tygodnie...
Tak bylo:
PhongSay, Chittakhone, Sili i Coffee.
Phi i Mina.



Tak bylo:
niedziela, 17 maja 2009
piątek, 15 maja 2009
Laos od kuchni
Wróciłam z kolacją z marketu znowu nie mogąc się nadziwić bezinteresowną gościnnością tubylców! Zakupiłam kilogram mango u tej babinki co zwykle, tylko tym razem późną weekendową porą raczącą się z towarzystwem LaoBeer... i oczywiście zaprosiła mnie do biesiadowania;) na szklaneczkę owszem dałam się namówić ale na prażone świerszcze/kraby? ani kurze łapki no nie bardzo... przy następnej okazji;)
Właśnie, okazji – idealnej na rozsławienie tego przybytku podniebiennej laotańskiej rozpusty! Albo raczej rozpusty ale dla laotańskiego podniebienia... Bazarek trudno określić jednoznacznie. Po miesiącu stołowania się na straganach, wiem już gdzie i po co się kierować, aby znaleźć to co lubię, ale wciąż zdarzają się momenty kryzysowe, kiedy stojąc pośrodku alejki przerzucam wzrok bezradnie z jednej lady uginającej się pod gotowym jedzeniem na drugą, o krok od rezygnacji z czegokolwiek. Ale szczerze – jest w czym wybierać, a odkąd pałeczki przestały lecieć mi z rąk bywa naprawdę pysznościowo:D
owoce smocze (to te różowe na zdjęciach), rambutany (włochate na zewnątrz a w środku jak liczi) i duriany (uwaga! podobno słodkie, ale śmierdzą moczem na odległość i ten fakt trzyma mnie od nich z daleka;).
Poza tym przede wszystkim warzywa i ryżyk (nie sypki ani tez rozciapciany ale laotański jedyny w swoim rodzaju posklejany ryż gotowany na parze khao niao, który przetrzymuje się w specjalnych wyplatanych nigdy niemytych koszach i skubie palcami, formuje kulkę i dopiero wkłada do ust); pieczone ryby łowione za oknem, nietoperki na obrączkach, słodkie kiełbaski (ohyda!), kostki do powydłubywania tego co się ostało w środku, suszone na słońcu rybki serwowane na patyku, prażone świerszcze itp, i wiele innych doborowych źródeł białka których spożycie nigdy nie przyszłoby mi do głowy...
Są też gotowe dania za 2 zł, głównie na bazie ryżu z wszelkimi warzywnymi i mięsnymi dodatkami , i tu ukryty jest haczyk bo w zależności od tego co akurat trafiło w skład zestawu jest dla mnie zjadliwe albo i nie. Zawsze zostaje jeszcze opcja stołowania się w kącie marketu gdzie jadają miejscowi handlarze i można popróbować tradycyjnych potraw. Z moich obserwacji wynika ze naprawdę te kilka opisywanych w przewodnikach dań jest w domu Laotańczyków na porządku dziennym, głównie z racji ceny i dostępności produktów.
feu – rosół z makaronem ryżowym/maniokowym/sojowym serwowany z talerzem papryczek chili, kiełków, zieleniny (sałatą, liście mięty i jeszcze jakieś inne) i sosem z orzeszków, doprawiany do smaku sosem chili/rybnym/sojowym
laap – posiekane liście mięty z drobnymi kawałkami mięsa, sokiem z limona i przyprawami
tammakhung (“forever!!!”) - sałatka z zielonej papai posiekanej na drobne paseczki i ubitej w moździerzu razem z papryczkami chili, pomidorkami cherry, orzechami ziemnymi, pastą rybną, czosnkiem, sokiem z limona, …
Skąd "forever"? Tammakhung jest w pewnym sensie symbolem metod pracy z dziećmi dla Mme Xuyen, gdyż poprzez celebrację przygotowania sałatki wprowadziła w Donkoi system zintegrowanej edukacji i pod tym tytułem wydala potem książkę...
Na deser z marketu polecam banany w cieście lub prażone, mini – pączki z nadzieniem-niespodzianką, których zawsze dostaję gratis dwa razy więcej niż prosiłam, zalewane wywarem kukurydzianym zielone żelki, granaty i inne owocki, mrożona kawkę dwuwarstwowa cafe song san (a dokładniej kawę na gorąco którą pani zalewa lód w woreczku). W ogóle foliowe woreczki są tutaj utrapieniem bo przynosimy ich do domu na pęczki, takie małe w sam raz na porcje ryżu a potem zupełnie nieprzydatne, jeszcze ich zielone torby biodegradowalne nie dosięgły. Nie polecam żelków białych które nie wiem jakim cudem utrzymują swoja postać w tak wysokich temperaturach ( z reszta to samo się tyczy zielonych...;)
Na koniec – sam posiłek. Jedzony zazwyczaj łyżką, krótką i szeroką, trzymaną w prawej ręce i widelcem służącym do nakładania w lewej (na odwrót jest dla Lao śmiesznie) lub pałeczkami. Serwowany na specjalnie wyplatanej, okrągłej tacce stawianej na podłodze. Zdjęcie gdzieś mi umknęło, bo praktycznie tylko raz jadłam w ten sposób.
Smacznego!
środa, 13 maja 2009
Plan lekcji, tj. odpowiedź na “co ty tam robisz na co dzień?”
Rzeczywiście, deficyt newsów ostatnio jakiś, a pomiędzy wpisami z weekendowych wypadów zapomniałam zupełnie o codzienności która nas tak pochłania ze już nie ma czasu się o niej rozpisywać;)
Otóż:
Po pierwszych zapoznawczych dniach rzekomo skończyła się laba i dwa tygodnie temu, w poniedziałek, ustalono nasz plan lekcji na najbliższe 4 tygodnie:D i tak:
9:00 start, przygotowanie materiałów itd.
10:00 – 12.00 Poniedziałek, środa, piątek: Angielski dla Laotańczyków (studentów- wolontariuszy, grupa wybitnie zmaskulinizowana)
Wtorek, czwartek: informatyka

12:00 – 13:30 Przerwa na lunczyk;)
13.30 – 14.30 Poniedziałek, środa, piątek: Angielski dla Mr Kamvanha* (ja; Aniko ma grupę pań Nauczycielek)
Wtorek, czwartek: informatyka
15:00 – 16:00 Zajęcia dodatkowe z dziećmi, czyli również lepimy, kleimy, tkamy i wyplatamy co tylko i z czego się da.
Do tego planu trzeba jeszcze dopisać pól godziny jazdy na motorku w jedną stronę, i mam pełną listę wymówek dla tej blogowej posuchy;)
*Mr Kamvanh to współzałożyciel a teraz menadżer Donkoi DCDC i ktoś w rodzaju mentora w wiosce, jednocześnie wójt i negocjator.
Poza ogólnym planem na 10/8 lekcji bo tyle wypada, ustaliliśmy wstępnie ze w ramach informatyki wszyscy chcieliby się dowiedzieć jak założyć bloga, bo maile już mają, a z angielskim rożnie: a to jak listy oficjalne pisać (przydatne na co dzień, już w pierwszym tygodniu pomagałam napisać jeden z prośba o dofinansowanie na wyjazd z uczelni), a to powtórki z gramatyki itp... Poziom wcale niezły, praktykujemy spiczyki cały czas, chłopaki fajne, zapraszają nas w przerwie na domowe obiadki i uczą laotańskiego – prawie bezbłędnie wymawiam już ich imiona no albo zdrobnienia chociaż:D
Realia co do lekcji nieco nas rozczarowały albo co najmniej ostudziły nieco zapał, bo jeśli chodzi o angielski to nagimnastykowałyśmy się ze stworzeniem namiastki podręcznika, ćwiczeń itp.(nikt nie miał, choć jakoś tego angielskiego musieli się nauczyć),
a tu zamiast planowej lekcji regularnie jakieś inne zajęcia nam się wkradają niemalże codziennie;)
Kontynuujemy sadzenie, przenoszenie, ścinanie i liczenie grzybków;D Robimy przemeblowania, plakaty, piszemy relacje z tego co się akurat ciekawego wydarzyło, chodzimy w ramach zajęć dodatkowych z teatrzykiem do szpitala dziecięcego, uczymy Wietnamczyków segregacji śmieci, a w ramach przygotowań do kursu informatyki (który potrwa krócej niż jego organizacja) zmagamy się z technika i podłączamy Internet (który podobno już jest tylko nie wiadomo jak używać tego urządzenia które Donkoi dostało od australijskiej ambasady...)
i nowo zakupiona na wycieczce w Tajlandii drukarkę. W sumie te ostatnie przedsięwzięcia zakończyły się wczoraj sukcesem i o ile nic nie stanie na przeszkodzie to próba blogowania odbędzie się już jutro:D
Otóż:
Po pierwszych zapoznawczych dniach rzekomo skończyła się laba i dwa tygodnie temu, w poniedziałek, ustalono nasz plan lekcji na najbliższe 4 tygodnie:D i tak:
9:00 start, przygotowanie materiałów itd.
10:00 – 12.00 Poniedziałek, środa, piątek: Angielski dla Laotańczyków (studentów- wolontariuszy, grupa wybitnie zmaskulinizowana)
Wtorek, czwartek: informatyka
12:00 – 13:30 Przerwa na lunczyk;)
13.30 – 14.30 Poniedziałek, środa, piątek: Angielski dla Mr Kamvanha* (ja; Aniko ma grupę pań Nauczycielek)
Wtorek, czwartek: informatyka
15:00 – 16:00 Zajęcia dodatkowe z dziećmi, czyli również lepimy, kleimy, tkamy i wyplatamy co tylko i z czego się da.
Do tego planu trzeba jeszcze dopisać pól godziny jazdy na motorku w jedną stronę, i mam pełną listę wymówek dla tej blogowej posuchy;)
*Mr Kamvanh to współzałożyciel a teraz menadżer Donkoi DCDC i ktoś w rodzaju mentora w wiosce, jednocześnie wójt i negocjator.
Poza ogólnym planem na 10/8 lekcji bo tyle wypada, ustaliliśmy wstępnie ze w ramach informatyki wszyscy chcieliby się dowiedzieć jak założyć bloga, bo maile już mają, a z angielskim rożnie: a to jak listy oficjalne pisać (przydatne na co dzień, już w pierwszym tygodniu pomagałam napisać jeden z prośba o dofinansowanie na wyjazd z uczelni), a to powtórki z gramatyki itp... Poziom wcale niezły, praktykujemy spiczyki cały czas, chłopaki fajne, zapraszają nas w przerwie na domowe obiadki i uczą laotańskiego – prawie bezbłędnie wymawiam już ich imiona no albo zdrobnienia chociaż:D
Realia co do lekcji nieco nas rozczarowały albo co najmniej ostudziły nieco zapał, bo jeśli chodzi o angielski to nagimnastykowałyśmy się ze stworzeniem namiastki podręcznika, ćwiczeń itp.(nikt nie miał, choć jakoś tego angielskiego musieli się nauczyć),
a tu zamiast planowej lekcji regularnie jakieś inne zajęcia nam się wkradają niemalże codziennie;)
Kontynuujemy sadzenie, przenoszenie, ścinanie i liczenie grzybków;D Robimy przemeblowania, plakaty, piszemy relacje z tego co się akurat ciekawego wydarzyło, chodzimy w ramach zajęć dodatkowych z teatrzykiem do szpitala dziecięcego, uczymy Wietnamczyków segregacji śmieci, a w ramach przygotowań do kursu informatyki (który potrwa krócej niż jego organizacja) zmagamy się z technika i podłączamy Internet (który podobno już jest tylko nie wiadomo jak używać tego urządzenia które Donkoi dostało od australijskiej ambasady...)
Etykiety:
Donkoi,
laos,
plan lekcji
piątek, 8 maja 2009
Po wizę: vis-a-vis!
Tygodniowe warsztaty w Donkoi DCDC dla 14 nauczycieli z Hanoi zakończyły się wczoraj kolacja za miliony ...kipów:D Na dziś grupa zaplanowała wycieczkę do Tajlandii i z zaproszenia chętnie skorzystałyśmy, tym bardziej że nasza laotańska 30 dniowa wiza wygasa w środę (ależ zleciało!) i i tak celem wykupienia nowej w planach była wycieczka na drugi brzeg w niedziele. Pozwiedzałyśmy z Wietnamczykami w Nong Khai Park Buddy i ...bazar (swoja droga powinnam chyba kiedyś opisać ten nasz przydomowy market, to dopiero!).
niedziela, 3 maja 2009
W drodze z Vang Vieng
Powrót do Wientian... kajakiem ! Wykupiliśmy gotową wycieczkę: transport pickupem do Nam Lin, potem spływ rzeką z przepraw przez JEDEN próg, po drodze typowy lao posiłek serwowany na liściach bananowca i skakanie z uwaga! 10 metrowego klifu :D:D:D jeszcze bardziej kolorowe wrażenia niż z tarzanowej drabinki, wierzcie na słowo! ;)
Etykiety:
laos,
Vang Vieng
sobota, 2 maja 2009
Vang Vieng: dzień 3
Jest lepiej. Zamiast na śniadanie maszerujemy o tej samej nieszczęsnej 8 godzinie (faktycznie jeszcze wtedy temperaturowo jest w miarę znośnie) do kolejnej jaskini i lasu żeby posłuchać małp. Hmm trudno powiedzieć czy te wyraźne skrzeki i popiski to faktycznie małpki były, dla komfortu psychicznego ze względu na porę uznajmy ze tak;)
Po drodze wstępujemy jeszcze do kolejnej jaskini, całkiem podobna do poprzedniej...

Widoki ze i szczyt sam w sobie spektakularne, podejścia drabinkowe i ambitne, więc po – w moim przypadku - zsunięciu się na dół idziemy prosto do szamkę z relaksacyjnym planem na resztę dnia czyli.....
TUUUUUBING!
Znany nam z t-shirtow i relacji innych obieżyświatów, to nic innego tylko spływ na dętkach szlakiem od jednego baru do baru :D w każdym witają nas darmowym szotem z butelek zawierających szerszenie, skorpiony i inne paskudztwa. I tu psikus, bo ledwo wspinamy się po drabince do pierwszego baru zaczyna lać jak z cebra. Pierwszy monsunowy deszczyk za dnia, do tej pory padało tylko nocą. Oki, odczekaliśmy chyba z godzinę i jak gdyby nigdy nic przechodzimy do kolejnej atrakcji czyli ślizgów i skoków do rzeki ze ślizgowej drabinki; wysokość? jakieś 5 metrów, jak mówią. Pierwszy ślizg nieudany, chłopczyk coś nie tak jak trzeba ustawił mi drabinkę i zamiast pomajtać się na linie spadłam prawie prosto do wody; potem było już tylko lepiej! (jak dobrze, o tym będą świadczyć moje kolorowe cztery litery przez najbliższe kilka dni;)
Zdjęć niestety z tubingu i skakania niewiele, Tilmanowa kamera pluskania w rzece nie przetrwała nawet w specjalnie na tą okazję wypożyczonym opakowaniu (za to karta pamięci na szczęście uff! owszem).
Imprezowania na dziś dosyć więc grzecznie pakujemy do chatek i spać!
Etykiety:
laos,
Vang Vieng
piątek, 1 maja 2009
Majówki w Vang Vieng cz.2
Zaczyna się nieciekawie: po nieprzespanej nocy ( ostre napadowe bóle brzucha niepołączone z niczym innym) ledwo żyję kiedy dotaczamy się przed 8 na śniadanie. Apteczka została w Wientian, bo po co zabierać ze sobą jak się nie przydała przez 3 tygodnie? Laotańskim środkom z budy nie ufam. Potem jest trochę lepiej, więc optymistycznie wypożyczamy 3 rowerki i jazda przez pola do pierwszej zatoczki i jaskini tzw. Blue Lagoon. Lagunka – bajorko bardzo zachęcająca, w dodatku cała nasza bo nikogo więcej nie było z turystów, tylko jakieś chłopaczki lokalne pogrywające w nogę i skaczące z drzew do wody. Ja zamiast do lagunki ledwo wtoczyłam się na matę pod strzechę i tak już zastygłam zgięta w pól na czas nieokreślony.
Poeksplorowaliśmy jedną jaskinie – no fantastyczna, po pierwsze nijak nie oznaczona poza budka u podnóża górki (pan zbieracz ryżu dorabia sobie na oplątach wstępu 10 tys kipów (4 zł), nie mamy mu za złe, tym bardziej ze w naszym przypadku z Aaronem gadającym po laotańsku udała się ja niemal całkowicie zniwelować), po drugie w środku totalnie ciemna i pusta, żadnych świateł, ostrzeżeń, znaków ni tp. , za to pełno gigantycznych stalaktytów i stalagmitów (na razie jeszcze pamiętam różnice ale wszystkim się mylą;) pokręcona i wąska i nie wiemy tak naprawdę jak głęboka bo z jedną latarką ciężko było się posuwać naprzód.
Po południu dogorywam najpierw przy papajowym shaku oglądając kultowych tutaj w każdym barze „Przyjaciół” (do wyboru są jeszcze bary The Simpsons i Family Guy, tych to już w ogóle nie ogarniam;) a potem już w hamaku. Przyjeżdżają Tilman i Franzi i jadą eksplorować kolejne jaskinie. A wieczorem omija mnie również kultowe w całej okolicy picie whiskey z wiaderek po lodach w Smile Barze:( a może to był strategiczny błąd w leczeniu, trzeba mi było zastosować terapie wstrząsową?
Etykiety:
laos,
Vang Vieng
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)