
Dziś już nikt nie potrzebuje pistoletów na wodę, Bangkok popłynął w strugach porannego deszczu (to chyba te „okazjonalne, krótkie gorące opady” na początek monsunu). Lało jak z cebra, budki ze śniadaniem gdzieś się pochowały więc poratowałyśmy się w lokalnej sieci sklepów „seven eleven”. Potem brodzenie po ulicy ze śniadaniem w reku w poszukiwaniu a w zasadzie namierzaniu kolejnych to pośredników turystycznych w celu zakupu po jak najkorzystniejszej cenie biletu do Wiantian – chcemy zdążyć na powitanie Nowego Roku :D:D Zapłaciłyśmy jak za mokre zboże 950THB ( dwa razy więcej. niż w pozostałej części roku), ale i tak sporo szczęścia tym ze bilety w ogóle się znalazły jako ze to ostatni kurs przed tygodniowym świętowaniem. Autokar acz piętrowy i klimatyzowany (uff! zapomniałyśmy w końcu spytać), to rzeczywiście pełny. Zamiast 12 godzin jechałyśmy ponad 14, bo trasę zakorkowały masy zmierzających na północ do swego kraju Laotańczyków. W Tajlandii żyje, a w zasadzie pracuje ich 19 milionów, podczas gdy w samym Laosie jedynie 5 mln. O dziwo na drogach dominowały nowiuśkie pick-upy za upakowanymi z tylu całymi rodzinami; naliczyłam na jednym 11 osób. Wysiadamy w Nong Khai, przed Mostem Przyjaźni łączącym Tajlandię z Laosem.

Inzwischen haben wir den Jetlag weitestgehend gut verkraftet und sind heut frisch und munter aus den Federn, naja nicht ganz, aus unseren Bettbezügen geschlüpft. Leider spielt das Wetter nicht so richtig mit, denn auch ohne aus dem Fenster schauen zu müssen, ist es offensichtlich, dass es wie aus Eimern schüttet. Willkommen, Regenzeit!!! =) Aber das haben wir ja auch schon vorher gewusst und so machen wir uns mit unseren modischen Regencapes, Weronika in Hellblau, ich in na was wohl, Rosa natürlich, auf den Weg, um neben Frühstück auch noch ein Busticket nach Nong Khai, der thailändischen Grenzstadt am Mekong, zu erstehen. Leider sind unsere Regencapes nicht so ganz monsuntauglich und so stellen wir uns doch ersteinmal mit den anderen unzähligen Backpackern unter. Und es regnet und regnet und regnet. Statt aufzuhören wird der Regen immer heftiger und wir können zusehen, wie das Wasser auf der Straße steigt. Wenn wir jetzt auf hoher See wären, wurden die Ratten das sinkende Schiff verlassen, hier kommen sie auch so aus Ihren löchern und suchen zum Schreck vieler kreischender weiblicher Backpackerinnen verzweifelt nach einem trockenen Unterschlupf…genauso wie die Kakerlaken und allerlei anderes wanzenartiges Getier^^ Doch auch der stärkste Monsunregen hört irgendwann mal auf und so können wir uns jetzt endlich auf die Suche nach einem günstigen Busticket nach Nordthailand machen. Nachdem wir einige Reisebüros abgeklappert haben, haben wir noch Zeit für ein bisschen „Shopping“ auf der Khao San Road. Unser Bus fährt um 17.00 Uhr und da die Fahrt bis Sonntagmorgen 9 Uhr dauern soll, wollen wir uns mit einem leckeren Essen stärken und beschließen, eines der thailändischen Restaurants auszuprobieren. Vielleicht ein bisschen gewagt vor so einer langen Busfahrt, aber wir haben ja auch vorgesorgt, für den Fall, dass…^^ Danke, Sandra!!! Aber es gab zum Glück keinen Grund zur Besorgnis, haben alles gut überstanden und auch das Essen war lecker, thailändisches Gemüsecurry, auch wenn wir wahrscheinlich den typischen Anfängerfehler gemacht haben und vergessen haben, ein „Mai Pet“ zu unserer Bestellung hinzuzufügen, sodass das Curry zumindest für unseren europäischen Gaumen ein bisschen scharf war :)
Niunia tak beztrosko brodzisz w tej wodzie, wiem ze studia "daleko, dawno temu i nieprawda" ale wez pomysl o tych furkocerkariach Schistosoma wnikajacych z wody przez skore:D
OdpowiedzUsuńPrawda, prawda... na zdjęciu akurat tego nie widać ale ZAWSZE pod LEWĄ pachą mam przy sobie egzemplarz Parazytologii prof. Buczek... tak na wszelki wypadek, a by wiedzieć W CZYM stoję;)
OdpowiedzUsuń