piątek, 15 maja 2009

Laos od kuchni


Wróciłam z kolacją z marketu znowu nie mogąc się nadziwić bezinteresowną gościnnością tubylców! Zakupiłam kilogram mango u tej babinki co zwykle, tylko tym razem późną weekendową porą raczącą się z towarzystwem LaoBeer... i oczywiście zaprosiła mnie do biesiadowania;) na szklaneczkę owszem dałam się namówić ale na prażone świerszcze/kraby? ani kurze łapki no nie bardzo... przy następnej okazji;)



Właśnie, okazji – idealnej na rozsławienie tego przybytku podniebiennej laotańskiej rozpusty! Albo raczej rozpusty ale dla laotańskiego podniebienia... Bazarek trudno określić jednoznacznie. Po miesiącu stołowania się na straganach, wiem już gdzie i po co się kierować, aby znaleźć to co lubię, ale wciąż zdarzają się momenty kryzysowe, kiedy stojąc pośrodku alejki przerzucam wzrok bezradnie z jednej lady uginającej się pod gotowym jedzeniem na drugą, o krok od rezygnacji z czegokolwiek. Ale szczerze – jest w czym wybierać, a odkąd pałeczki przestały lecieć mi z rąk bywa naprawdę pysznościowo:D



Na początek owoce, od naszych jabłek i gruszek przez melony, banany, mango, papaje, kokosy po totalnie egzotyczne
owoce smocze (to te różowe na zdjęciach), rambutany (włochate na zewnątrz a w środku jak liczi) i duriany (uwaga! podobno słodkie, ale śmierdzą moczem na odległość i ten fakt trzyma mnie od nich z daleka;).


Poza tym przede wszystkim warzywa i ryżyk (nie sypki ani tez rozciapciany ale laotański jedyny w swoim rodzaju posklejany ryż gotowany na parze khao niao, który przetrzymuje się w specjalnych wyplatanych nigdy niemytych koszach i skubie palcami, formuje kulkę i dopiero wkłada do ust); pieczone ryby łowione za oknem, nietoperki na obrączkach, słodkie kiełbaski (ohyda!), kostki do powydłubywania tego co się ostało w środku, suszone na słońcu rybki serwowane na patyku, prażone świerszcze itp, i wiele innych doborowych źródeł białka których spożycie nigdy nie przyszłoby mi do głowy...

Są też gotowe dania za 2 zł, głównie na bazie ryżu z wszelkimi warzywnymi i mięsnymi dodatkami , i tu ukryty jest haczyk bo w zależności od tego co akurat trafiło w skład zestawu jest dla mnie zjadliwe albo i nie. Zawsze zostaje jeszcze opcja stołowania się w kącie marketu gdzie jadają miejscowi handlarze i można popróbować tradycyjnych potraw. Z moich obserwacji wynika ze naprawdę te kilka opisywanych w przewodnikach dań jest w domu Laotańczyków na porządku dziennym, głównie z racji ceny i dostępności produktów.




feu – rosół z makaronem ryżowym/maniokowym/sojowym serwowany z talerzem papryczek chili, kiełków, zieleniny (sałatą, liście mięty i jeszcze jakieś inne) i sosem z orzeszków, doprawiany do smaku sosem chili/rybnym/sojowym


laap – posiekane liście mięty z drobnymi kawałkami mięsa, sokiem z limona i przyprawami

tammakhung (“forever!!!”) - sałatka z zielonej papai posiekanej na drobne paseczki i ubitej w moździerzu razem z papryczkami chili, pomidorkami cherry, orzechami ziemnymi, pastą rybną, czosnkiem, sokiem z limona, …


Skąd "forever"? Tammakhung jest w pewnym sensie symbolem metod pracy z dziećmi dla Mme Xuyen, gdyż poprzez celebrację przygotowania sałatki wprowadziła w Donkoi system zintegrowanej edukacji i pod tym tytułem wydala potem książkę...

Na deser z marketu polecam banany w cieście lub prażone, mini – pączki z nadzieniem-niespodzianką, których zawsze dostaję gratis dwa razy więcej niż prosiłam, zalewane wywarem kukurydzianym zielone żelki, granaty i inne owocki, mrożona kawkę dwuwarstwowa cafe song san (a dokładniej kawę na gorąco którą pani zalewa lód w woreczku). W ogóle foliowe woreczki są tutaj utrapieniem bo przynosimy ich do domu na pęczki, takie małe w sam raz na porcje ryżu a potem zupełnie nieprzydatne, jeszcze ich zielone torby biodegradowalne nie dosięgły. Nie polecam żelków białych które nie wiem jakim cudem utrzymują swoja postać w tak wysokich temperaturach ( z reszta to samo się tyczy zielonych...;)

Na koniec – sam posiłek. Jedzony zazwyczaj łyżką, krótką i szeroką, trzymaną w prawej ręce i widelcem służącym do nakładania w lewej (na odwrót jest dla Lao śmiesznie) lub pałeczkami. Serwowany na specjalnie wyplatanej, okrągłej tacce stawianej na podłodze. Zdjęcie gdzieś mi umknęło, bo praktycznie tylko raz jadłam w ten sposób.

Smacznego!

1 komentarz:

  1. Hej Weronika
    Fajne to laotańskie jedzenie:) Mam nadzieje że Ci smakuje...
    A tak poza tym to naprawdę ekstra podróż:P

    Naprawdę gorące pozdrowienia z Polski:D

    Marcin P.

    OdpowiedzUsuń