wtorek, 30 czerwca 2009

Rotorua. Podejście drugie

Wycieczka do jednego z parków geotermalnych w Rotorua. Autostop nie zawiódł, dotarłyśmy na miejsce pól godziny przed czasem bowiem najbardziej wyczekiwane show rozpoczyna się codziennie o tej samej porze, punktualnie o 10.15. Gejzer Lady Knox wybucha regularnie, ponieważ pracownicy pomagają nieco naturze wrzucając do środka 300g mydła. Tak tez został odkryty, kiedy to ponad 100 lat temu więźniowie pracujący przy wyrębie drzew robili pranie w strumieniu a ich ubrania niespodziewanie wystrzeliły w gore;) Gdyby nie mydelko, wybuchalby samoistnie aczklwiek raz na 24-72h wiec byloby nam trudniej zdazyc...



Poza tym na 18 km kwadratowych parku Wai-O-Tapu oglądałyśmy spowite mgłą rozmaite formacje: zapadnięte kratery o średnicy 50m, gotujące błota, dymiące gejzery, baseny pełne kolorowych minerałów pokrywających dno, krzemionkowe tarasy, wodospady i źródełka, a wszystko połączone ścieżkami biegnącymi w gęstym lesie i wszechobecnym odorem zgniłych jaj... Wrażenie niesamowite, komiczne, księżycowe widoki żeby nie powiedzieć wypasione w kosmos;) no i urocze kolorki;)

“Szampański basen” buzujące bąbelki ciężko odróżnić od spadających kropel deszczu:/


“Diabelska Kąpiel”



“Strusie jajo”


Krater...


Dla dociekliwych: Pod poziomem ziemi płyną strumienie podgrzewane przez magmę pozostałą po wcześniejszych erupcjach. Temperatura wody jest tak wysoka ( zanotowane 300 st. c), ze absorbuje ona minerały ze skal, przez które płynie i unosi na powierzchnie razem z para, gdzie ostatecznie osadzają się na powierzchni ziemi tworząc niepowtarzalna scenerie:) Większość kraterów uformowana została przez kwaśną parę unoszącą się z przegrzanych wód podziemnych, rozpuszczając ziemie nad sobą i ostatecznie powodując osunięcia.




Turling pe-el
Wtajemniczeni z 3e wiedzą, o co chodzi... Zabawa polega na przymocowaniu się pasami do wnętrza wielkiej kuli wypełnionej powietrzem i sturlaniu w niej w dol wzgórza:D:D Otóż przez przypadek zupełnie dotarłyśmy do miejsca, gdzie go wymyślono, i pojechałyśmy specjalnie 20 km za miasto z zamiarem stoczenia się ku mojej wyczekiwanej przez lat 4 uciesze... No i znowu pech, bo ze względu na zbyt silny wiatr prawdziwy turling odbyć się nie mógł, a tylko jego bardzo podobnie wyglądający substytut ze ślizganiem się w środku kuli po malej warstwie wody, ale będąc ciągle na dnie konstrukcji. Wyglądało mi to na regularna zjeżdżalnię wodna, no i z braku kostiumu przy sobie trzeba nam się było poddać... do trzech razy sztuka;)

poniedziałek, 29 czerwca 2009

Taupo


Położone nad największym w Nowej Zelandii jeziorkiem, za którego plaska tafla wylania się znikąd masyw Tangarira z trzema ośnieżonymi wulkanami w roli głównej, w lecie jest ośrodkiem wszelkich sportów wodnych i w ogóle tych na wolnym powietrzu. W zimie pytają się nas tylko, czemu o tej porze tu przyjechałyśmy;) Z samego tylko poczucia obowiązku (mokro, pochmurno i co gorsza wietrzno) poszłam obaczyć jeziorko, po czym zlitował się nasz host Kelly i razem pojechaliśmy nad również największe w NZ wodospady Huka, nie pod względem wysokości a ilości przetaczanej wody która w ciągu 1s napełniłaby dwa basen olimpijskie. Po drodze jeszcze moc atrakcji – nowozelandzka Pszczela Wola itp...

sobota, 27 czerwca 2009

Spanie na wulkanie. Rotorua

Linda i Peter zatrzymali się zupełnie nieproszeni, bo widząc autobus na horyzoncie automatycznie opuszczamy kciuki w dol. Więc najpierw minęli nas, po czym zatrzymali, cichaczem zawrócili i porwali na pokład swego domu na kolkach. Peter, jak twierdzi, ma 105 lat, a od 7 żyje z Linda w autobusie prowadząc w okolicy własny camping. Mają wspólnie 8 dzieci, 20 wnucząt i jedna prawnuczkę, i same te liczby plasują ich na pierwszej pozycji w rankingu na najciekawszy transport dnia;) Błyskawicznie wzięli sprawy w swoje ręce: zarezerwowali camping przez internet jeszcze w drodze, ze specjalna zniżką dla swoich znajomych, wręczyli komplet ulotek o naszym dzisiejszym miejscu przeznaczenia i zaoferowali swoja pomoc jakbyśmy tylko czegoś potrzebowały:)

Rotorua słynie z parków o wysokiej aktywności geotermalnej i jest kołyska maoryskiej kultury i tradycji, gdzie rdzenna ludność wciąż stanowi około 1/3 mieszkańców. Nocujemy na polu namiotowym spowitym wyziewami z głębi ziemi i fetorem siarkowodoru, za to na podgrzewanej podłodze!!! niesamowite, wierzcie lub nie, ale ziemia – ledwo ciepła przed rozbiciem namiotu- w reakcji na przykrycie rozgrzała się od tego stopnia ze do rana dotrwałyśmy w samych krótkich rękawkach, a w nocy budziłam się kilka razy gdy ręka zsunęła się z materaca i dotknęła gorącej podłogi. Cudo:D Ekologiczne podgrzewanie podobało mi się bardziej od gorących kąpieli które na campingu zrobiły furrore wieczorem:)


bul bul

Rano składamy namiot w strugach deszczu i po szybkim spacerku nad jeziorko przez bulgocące błocka wyjeżdżamy do Taupo, 80km na południe od Rotoruy, aby pod dachem Kelly'ego przeczekać okropną pogodę. Ciepłe przyjecie przy kominku przez 3 innych couchsurferow i znów czujemy się jak u siebie w domu:)

piątek, 26 czerwca 2009

Autostopem x4


Z moich prywatnych dociekań wynika, że niemal każdy kto podróżuje po Nowej Zelandii spróbował tego środka transportu. Może poza tymi szczęśliwcami, którzy przyjechali tu na dłużej niż miesiąc i zakupili za pół darmo dom na kólkach , „spaceshipa” albo prostymi słowy miniwana z wszelkim niezbędnym wyposażeniem. No ale ci z kolei mają zaszczyt dostąpić stopa z drugiej choć jak przypuszczam mniej radosnej strony;)

Przejechanie 872 km z Auckland do Przylądka Reinga i z powrotem zajęło nam dni 4, aczkolwiek warto uwzględnić fakt ze nie stanęłyśmy przy drodze (!) ani razu przed 11, słońce zachodzi o 17.30 a po zmroku się nie przemieszczamy... No wypas po prostu, przejażdżki pierwsza klasa a w osobie kierowcy często mamy all inclusive: przewodnika, gospodarza na noc, kucharza i (prawie) pracodawce! Wszyscy uszczęśliwieni, ze takie wesołe towarzystwo podłapali, a nam się buzia od uśmiechów nie zamyka za każdym razem jak po 3-5 min wsiadamy w następny samochód:D

Zaczęłyśmy we wtorek, od wydostania się z centrum niemalże miasta, i poszło jak z płatka. Nocleg w domu u Paula, Maureen i ich trzody domowej w składzie koty, psy i papugi, sztuk 5, na wzgórzu ze świetnym widokiem na zatokę i połacie ich ziemi na horyzoncie. Paul zajmuje się budowa drogi do nowego domu swojego syna, na górce obok (zabrał nas przed kolacja na objazdowa wycieczkę), śpiewaniem do gitary przy rożnych uroczystościach i wyłapywaniem autostopowiczów;) Nie byłyśmy pierwsze, to wesołe małżeństwo pod 60 dobrze wiedziało, czego nam trzeba więc zostałyśmy nakarmione, poinformowane turystycznie, położone w podgrzewanych łóżkach i obdarowane możliwością pracy tuz obok, z zaproszeniem na zatrzymanie się w ich domu na dłużej. Po przegranej batalii z Urzędem Imigracyjnym nie było rano innej rady, jak z się ewakuować. Tym razem przynajmniej urzędnicy nie grali na zwłokę;)

Następnego dnia, w środę Maureen podwiozła nas do Paihii, jakieś 80km dalej, gdzie miałyśmy kontakt z couchsurfingu, niestety nieprzydatny zupełnie w porze wczesnopopoludniowej więc pojechałyśmy dalej. Tym razem piec autek później i niewiadoma ilość kilometrów skorzystałyśmy z zaproszenia Dawn i Aarona do wspólnego noclegu na dzikim campingu (żeby nie powiedzieć zorganizowanym pastwisku – co tam , ważne ze na klifie, a woda przezroczysta i widoki na krzemionkowy półwysep;) i łowienia ryb.



Aaron i Dawn nie pracują, do czego otwarcie się przyznają, „nie są bogaci ale tez niasą biedni, a najbardziej w życiu podoba im się łowienie ryb”:D bez dłuższego namysłu przyłączyłyśmy się aby patrzeć jak ziszczają się pragnienia, i nawet nie trzeba było im się ujawniać ze świetnie wyposażoną jak na camping przystało przenośną lodówką. Spanie w namiocie w środku zimy nie takie straszne, wystarczyło założyć wszystkie cieple ubrania jakie były w plecaku i dałyśmy rade:)



W czwartek przy drodze padł rekord i raczej ciężko będzie mu się z klęczek podnieść – Dawn odwiozła nas po śniadanku do głównej drogi, i zanim zdążyłyśmy wymieniać kontakty zatrzymał się szary focus z Hiszpańską parka na pokładzie, no i od razu zrobiło się cieplej i słoneczniej;) Z Rosa i Nikim pojechałyśmy na sam przylądek a potem podwieźli nas jeszcze z powrotem do Kaitai, gdzie nasz ścieżki się rozeszły. Wieczorem po raz pierwszy zrobiło się niepewnie, bo ta okolica nie obfitowała w karteczki z adresami wśród naszych kontaktów, pozostało wrócić się na północ do Dawn i zrobić jej ogródkowi niespodziankę. Podwiozła nas Margaret, która zapoznałyśmy w barze, jedynym chyba konkretnym w tym miasteczku. Aha,tu uwaga – jak znajdziecie się przypadkiem w Nowej Zelandii, a szczególnie na północnych pustkowiach, za nic nie dajcie zwodzić mapie – czerwona kropa która w Polsce oznaczałaby co najmniej miasteczko wielkości Kraśnika okazuje się tu w rzeczywistości dziura pośrodku niczego z czterema domami (dosłownie!) na krzyż, a promienne żółte kółeczko w tle za czerwonym zwiastować może co najwyżej kilka sklepów przy drodze... No naprawdę, dzika... północ;) Wszedzień pastwiska, owce, bydło, czasem tylko po prawej czy lewej stronie drogi wylania się jakaś zatoczka.


Rano zahaczyłyśmy jeszcze z Margaret i jej chłopakiem najpierw na na 90 Milowa Plażę, po której w ramach urozmaicenia trasy przez pastwiska śmigają na Cape Reinga autobusy, i biada znudzonym acz niedoświadczonym ignorantom którzy bagatelizują pływy, bo z plaży na całej długości są tylko 3 zjazdy do szos, w tym ostatni wiedzie po prostu w gore strumienia;) Potem jeszcze wstąpiliśmy na wystawę Antycznego Królestwa Kauri k/ Kaitai, poświęconą największym drzewom Nowej Zelandii, z których wypalonej żywicy Maorysi wytwarzali materiał na swoje tatuaże. Już tylko 4 autka dzieliły nas od domu Sofii, która oczekiwała nas (przez jakąś godzinkę po tym, jak niespodziewanie zameldowałyśmy się, ze wracamy;) razem z rodzicami przed swoim odlotem na wakacje do LA. miałyśmy farta ze pomyliła daty mówiąc nam, ze wyruszają już w piątek. Zobaczymy się gdzieś w przestworzach, bo wracają w tym samym czasie w którym my się tam kierujemy=) Po drodze pod naciskiem kierowcy zatrzymaliśmy się jeszcze w Kawakawa, gdzie znany (przynajmniej Aniko) niejaki Hundertwasser zaprojektował... mozaikowe toalety. Zwiedzamy łazienki:P



Aha, za piątek – szczególne brawa dla pana policjanta z Whangarei, który nie tylko oszczędził nam maszerowania przez miasto w strugach deszczu, dostarczając prawie pod dom, ale jeszcze zaopatrzył w środki na kolacje... Niesamowici są ludzie, naprawdę. W domu zastanawiałyśmy się przed lustrem, czy to ich wrodzona życzliwość i gościnność, czy my zamieniłyśmy się w te kilka dni w obraz nędzy i rozpaczy, wzbudzając w kierowcach litość;) No ciężko powiedzieć, śmiem mieć nadzieje ze to jednak to pierwsze;)

czwartek, 25 czerwca 2009

Gdzie spotykają się oceany. Przylądek Reinga


A ściślej mówiąc Pacyfik i Morze Tasmana, które de facto należy wciąż do Oceanu Spokojnego, ale bardziej lirycznie będzie trzymać się wersji tubylców;) Więc oceany, a poza tym wg wierzeń Maorysów miejsce, gdzie duchy zmarłych odchodzą do Hawaiki, krainy przodków. Piękne miejsce.

O tym, jak dotarłyśmy tutaj po dwóch dniach od wyruszenia z Auckland – wkrótce;)

poniedziałek, 22 czerwca 2009

Auckland






piątek, 19 czerwca 2009

Hong Kong



środa, 17 czerwca 2009

Macao w camera obscura


TYTUŁ: jw.
Z niezasłużoną dedykacją dla leniwca Ukasza, który skutecznie uniemożliwia mi kontakt ze sobą od dwóch miesięcy!

Camera obscura na wzgórzu z Fortecą Guia, obok Muzeum Historii Macao, z zewnątrz wyglądała jak mały garaż, z otworkiem pośrodku jednej ze ścian. Światło wpadające przez dziurkę do ciemnego pomieszczenia wyświetla na przeciwległej ścianie obrazek tego, co na zewnątrz. Obraz odwrócony, pomniejszony, ale to już było trzy lata temu i basta :P


Mazcleta, tak z walencjańska, albo po prostu petardowe show podczas pogrzebu.


Elena, Aniko, Sofia, tą panią już znacie, i Jensen pod resztkami kościoła św. Pawła (XVII, portugalski dla Macao wiek), "symbolem miasta, który stanowi owoc wzajemnego szacunku i tolerancji pomiędzy dwiema cywilizacjami i doskonały przykład synkretyzmu dwóch kultur w architekturze;)". Na fasadzie nieistniejącej już świątyni obok figur świętych widnieją smoki i chińskie krzaczki.

wtorek, 16 czerwca 2009

Z powrotem w Macao || Der Fluch von Macau

Na profilu naszego gospodarza na następne dwa dni znalazłam bardzo sympatyczny komentarz od polskiej parki z Wrocławia, która była tu w kwietniu: “Od półtora roku w drodze, po raz pierwszy od jakiegoś roku poczuliśmy się w mieszkaniu Suraja jak w domu”. Przekonujące;)

Suraj, Australijski informatyk i spec od zabezpieczeń w jednym z kasyn Las Vegas Wschodu odebrał nas na lotnisku razem z niemiecką couchsurferką Eleną , która przybyła z Tajwanu pół godziny przed nami, zawiózł autkiem do swojego mieszkania i nakarmił w restauracji:D We wtorek zaraz po naszym przebudzeniu przyjechała z Korei hiszpańsko - amerykańska parka, i tak w 5 próbujemy się poczuć jak w domu w przydomowym basenie, siłowni i … pralni;)






Irgendwie scheint ein wundersamer Fluch auf uns zu liegen, denn auch beim zweiten Versuch uns die Sehenswuerdigkeiten Macaus anzuschauen, hat uns der Jetlag ein Schippchen geschlagen und statt 8.00 Uhr wie geplant sind wir erst gegen 14.00uhr aufgewacht. Da haben wir dann beschlossen diesen Tag einfach mit ausruhen und enntspannen zu verbringen und vor allem die spektakulaere Aussicht auff Macaus Skyline von unserem Bett aus zu geniessen.=)

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Pływający targ || Floating Market



Wybrałyśmy się o poranku przed odlotem na ostatnie zakupki, i coby kulinariom stało się zadość po powrocie zakupiłam sproszkowaną trawkę ... cytrynową:D Poza tym moc smaków i zapachów.









Obwohl unser Flug nach Macau heute nachmittag geht, haben wir uns dazu entschieden uns dennoch nicht eine der Sehenswuerdigkeiten von Bangkok schlechthin, den Floating Market entgehen zu lassen. Dafuer waren wir sogar bereit, uns schon um 5.30 Uhr aus den gemuetlichen Betten auf der Kao San Road zu quaelen und den restlichen Schlaf im Bus auf dem gut anderthalb stuendigen Weg zum Markt nachzuholen. Nach der Busfahrt gings ins Speedboat, dass doch recht wackelig war und eh man sichs versah wurde man mit noch ganz schlaftrunken von der Busfahrt im Boot fotografiert. (--> komme spaeter drauf zurueck) Den Floating Market kann man auf zei verschiedenen Weisen erkunden entweder man mietet sich fuer 150 Baht pro Person ein Ruderboot mit Chauffeur, das einen dann durch die Wasserstrassen schippert oder man geht entlang der Seitenstege und Bruecken, von denen man auch einen Superblick auf das bunte Markttreiben zu Wasser hat. Wir haben uns fuer die trockenere Variante entschieden und es nicht bereut, so frueh aufgestanden zu sein!!! =) Achso jetzt haett ichs doch fast vergesen; auf dem Weg zum Bus und mit den Gedanken schon halb bei der Gepaeckabfertigung am Flughafen begegnen wir unserem morgendlichen Schnapschuss wieder: wir beide grinsen etwas verschlafenen von einem kitschigen Deko-Sammelteller :)

niedziela, 14 czerwca 2009

Koniec języka za przewodnika. Bangkok

Zwiedzamy Bangkok.






piątek, 12 czerwca 2009

Miasto, które jest świątynią: Angkor Wat i spółka

Brama Południowa do Angkor Thom, Wielkiego Miasta

Jeden z największych kompleksów religijnych na świecie, w stolicy starożytnego imperium Khmerów. Od wieków był miejscem, w którym mieszały się kultury hinduska, buddyjska i miejscowa, najmniej poznana, khmerska. O imperium Khmerów wiadomo niewiele - ogromne miasta, budowane z drewna, dawno obróciły się w pył, także nawet ich lokalizacja często pozostaje w sferze domysłów. Bogate zbiory ksiąg spisanych na liściach palmowych czy skórach zwierzęcych zniknęły bez śladu przed wiekami. Z dawnych czasów pozostały tylko świątynie, których w całej pd-wsch. Azji znajduje się ponad tysiąc. Najbardziej imponujący, Angkor, była zapomniana przez lokalnych mieszkańców aż do XIX w.,aż do ponownego odkrycia dla świata przez francuskiego przyrodnika. Dziś, choć splądrowana i obdarta ze wszystkich ozdób do kamienia i cegły, jest jedyną pamiątką z dawnych czasów i dumą narodu kambodżańskiego. Robi wrażenie nawet w takiej postaci, w jakiej widać ją dziś, i nietrudno sobie wyobrazić potęgę jaką reprezentowała dawniej, w latach swojej świetności.

Spróbowaliśmy wstać przed świtem aby zobaczyć najjaśniejsze oblicze Angkor, w promieniach wschodzącego słońca, ale skończyło się na dotarciu pod pierwsze świątynie o 7 rano. Wypożyczyliśmy rowerki i do 6 po południu śmigaliśmy po tych 200 km2 regularnej dżungli, w której poukrywane są budowle świątynne.

Kamienny, 900 metrowy arras na ścianie w Angkor Wat



Bajon, pośrodku Wielkiego Miasta. Las kamiennych filarów, z 4 stron ozdobionych twarzami. W przeciwieństwie do boskiego, hinduistycznego Angkor Wat (dziś świątynia buddyjska), w płaskorzeźbach w Bajonie można zobaczyć zwyczajne ludzkie oblicze dawnych Khmerów. Pełne humoru i witalności płaskorzeźby to zapis ich życia codziennego.







Dławiony korzeniami figowca, rozsławione przez Tomb Reidera ruiny Ta Prom.