
Z moich prywatnych dociekań wynika, że niemal każdy kto podróżuje po Nowej Zelandii spróbował tego środka transportu. Może poza tymi szczęśliwcami, którzy przyjechali tu na dłużej niż miesiąc i zakupili za pół darmo dom na kólkach , „spaceshipa” albo prostymi słowy miniwana z wszelkim niezbędnym wyposażeniem. No ale ci z kolei mają zaszczyt dostąpić stopa z drugiej choć jak przypuszczam mniej radosnej strony;)
Przejechanie 872 km z Auckland do Przylądka Reinga i z powrotem zajęło nam dni 4, aczkolwiek warto uwzględnić fakt ze nie stanęłyśmy przy drodze (!) ani razu przed 11, słońce zachodzi o 17.30 a po zmroku się nie przemieszczamy... No wypas po prostu, przejażdżki pierwsza klasa a w osobie kierowcy często mamy all inclusive: przewodnika, gospodarza na noc, kucharza i (prawie) pracodawce! Wszyscy uszczęśliwieni, ze takie wesołe towarzystwo podłapali, a nam się buzia od uśmiechów nie zamyka za każdym razem jak po 3-5 min wsiadamy w następny samochód:D
Zaczęłyśmy we wtorek, od wydostania się z centrum niemalże miasta, i poszło jak z płatka. Nocleg w domu u Paula, Maureen i ich trzody domowej w składzie koty, psy i papugi, sztuk 5, na wzgórzu ze świetnym widokiem na zatokę i połacie ich ziemi na horyzoncie. Paul zajmuje się budowa drogi do nowego domu swojego syna, na górce obok (zabrał nas przed kolacja na objazdowa wycieczkę), śpiewaniem do gitary przy rożnych uroczystościach i wyłapywaniem autostopowiczów;) Nie byłyśmy pierwsze, to wesołe małżeństwo pod 60 dobrze wiedziało, czego nam trzeba więc zostałyśmy nakarmione, poinformowane turystycznie, położone w podgrzewanych łóżkach i obdarowane możliwością pracy tuz obok, z zaproszeniem na zatrzymanie się w ich domu na dłużej. Po przegranej batalii z Urzędem Imigracyjnym nie było rano innej rady, jak z się ewakuować. Tym razem przynajmniej urzędnicy nie grali na zwłokę;)
Następnego dnia, w środę Maureen podwiozła nas do Paihii, jakieś 80km dalej, gdzie miałyśmy kontakt z couchsurfingu, niestety nieprzydatny zupełnie w porze wczesnopopoludniowej więc pojechałyśmy dalej. Tym razem piec autek później i niewiadoma ilość kilometrów skorzystałyśmy z zaproszenia Dawn i Aarona do wspólnego noclegu na dzikim campingu (żeby nie powiedzieć zorganizowanym pastwisku – co tam , ważne ze na klifie, a woda przezroczysta i widoki na krzemionkowy półwysep;) i łowienia ryb.

Aaron i Dawn nie pracują, do czego otwarcie się przyznają, „nie są bogaci ale tez niasą biedni, a najbardziej w życiu podoba im się łowienie ryb”:D bez dłuższego namysłu przyłączyłyśmy się aby patrzeć jak ziszczają się pragnienia, i nawet nie trzeba było im się ujawniać ze świetnie wyposażoną jak na camping przystało przenośną lodówką. Spanie w namiocie w środku zimy nie takie straszne, wystarczyło założyć wszystkie cieple ubrania jakie były w plecaku i dałyśmy rade:)

W czwartek przy drodze padł rekord i raczej ciężko będzie mu się z klęczek podnieść – Dawn odwiozła nas po śniadanku do głównej drogi, i zanim zdążyłyśmy wymieniać kontakty zatrzymał się szary focus z Hiszpańską parka na pokładzie, no i od razu zrobiło się cieplej i słoneczniej;) Z Rosa i Nikim pojechałyśmy na sam przylądek a potem podwieźli nas jeszcze z powrotem do Kaitai, gdzie nasz ścieżki się rozeszły. Wieczorem po raz pierwszy zrobiło się niepewnie, bo ta okolica nie obfitowała w karteczki z adresami wśród naszych kontaktów, pozostało wrócić się na północ do Dawn i zrobić jej ogródkowi niespodziankę. Podwiozła nas Margaret, która zapoznałyśmy w barze, jedynym chyba konkretnym w tym miasteczku. Aha,tu uwaga – jak znajdziecie się przypadkiem w Nowej Zelandii, a szczególnie na północnych pustkowiach, za nic nie dajcie zwodzić mapie – czerwona kropa która w Polsce oznaczałaby co najmniej miasteczko wielkości Kraśnika okazuje się tu w rzeczywistości dziura pośrodku niczego z czterema domami (dosłownie!) na krzyż, a promienne żółte kółeczko w tle za czerwonym zwiastować może co najwyżej kilka sklepów przy drodze... No naprawdę, dzika... północ;) Wszedzień pastwiska, owce, bydło, czasem tylko po prawej czy lewej stronie drogi wylania się jakaś zatoczka.

Rano zahaczyłyśmy jeszcze z Margaret i jej chłopakiem najpierw na na 90 Milowa Plażę, po której w ramach urozmaicenia trasy przez pastwiska śmigają na Cape Reinga autobusy, i biada znudzonym acz niedoświadczonym ignorantom którzy bagatelizują pływy, bo z plaży na całej długości są tylko 3 zjazdy do szos, w tym ostatni wiedzie po prostu w gore strumienia;) Potem jeszcze wstąpiliśmy na wystawę Antycznego Królestwa Kauri k/ Kaitai, poświęconą największym drzewom Nowej Zelandii, z których wypalonej żywicy Maorysi wytwarzali materiał na swoje tatuaże. Już tylko 4 autka dzieliły nas od domu Sofii, która oczekiwała nas (przez jakąś godzinkę po tym, jak niespodziewanie zameldowałyśmy się, ze wracamy;) razem z rodzicami przed swoim odlotem na wakacje do LA. miałyśmy farta ze pomyliła daty mówiąc nam, ze wyruszają już w piątek. Zobaczymy się gdzieś w przestworzach, bo wracają w tym samym czasie w którym my się tam kierujemy=) Po drodze pod naciskiem kierowcy zatrzymaliśmy się jeszcze w Kawakawa, gdzie znany (przynajmniej Aniko) niejaki Hundertwasser zaprojektował... mozaikowe toalety. Zwiedzamy łazienki:P

Aha, za piątek – szczególne brawa dla pana policjanta z Whangarei, który nie tylko oszczędził nam maszerowania przez miasto w strugach deszczu, dostarczając prawie pod dom, ale jeszcze zaopatrzył w środki na kolacje... Niesamowici są ludzie, naprawdę. W domu zastanawiałyśmy się przed lustrem, czy to ich wrodzona życzliwość i gościnność, czy my zamieniłyśmy się w te kilka dni w obraz nędzy i rozpaczy, wzbudzając w kierowcach litość;) No ciężko powiedzieć, śmiem mieć nadzieje ze to jednak to pierwsze;)