Dwa dni w Phnom Penh. Zwiedzamy Królewskie Pałace (ten sztuczny domek za nami na zdjęciu), Muzeum Narodowe (powyżej) i najbardziej niesławne wiezienie Czerwonych Khmerów S-21 (portrety).
Ciężko uwierzyć, co się w tym kraju/mieście wyprawiało 30 lat temu, lub konkretniej ze NIE działo się totalnie nic bo miasto było wyludnione i przesiedlone na wieś, chodząc dziś po jego ulicach (szczególnie po dwóch miesiącach w Laosie). 2 mln mieszkańców, wieżowce, światła i tłumy przemieszczające się po zmroku, bankomaty, strefy WiFi i KFC! Wientian to przy tym najspokojniejsza stolica świata. Poza tym wielkie zagęszczenie Lexusów obok biedy, która aż piszczy; w obiegu dolary i riele przy czym ceny podawane są w dolarach (1USD = 4000 rieli) a tylko reszta drobnymi wydawana w tych drugich, punkty usługowe skupione w jednym miejscu (np. na jednej ulicy ustawiają się rzędem sklepy z wiatrakami, a na drugiej nie kupisz nic oprócz kanapek), i wszechobecne tuk tuki które tutaj przybrały formę skromnej karety gdzie koniem pociągowym jest motor a siedzenia rodem z Toyoty Celiki. Kierowcy tuk tuków są utrapieniem bo wyskakując na środek twojej ścieżki w najbardziej nieoczekiwanym momencie z okrzykiem TutkTuk, Madame! tudzież Killing fields, Lady! (pola egzekucyjne Czerwonych Khmerów za miastem, teraz obowiązkowy punkt programu dla odwiedzając który my na pohybel chyba tylko temu natręctwu odpuszczamy...).
Nie dziś, dziękuję. I oby nigdy więcej.
Hmm nachodzi mnie taka myśl, ze te moje relacje jednak zbyt powierzchowne i fizyczne się zrobiły, ale cóż – wiarygodne przynajmniej, mimo ze bez głębszego spojrzenia na sprawę. Otóż ta własna radosna twórczość nie jest ani rzetelnym przewodnikiem ani tez książką historyczna. Nigdy tez nie byłam ekstrawertyczka i daleko mi do publicznego obnażania swoich uczuć – no może w niektórych mailach, ale na bloga to jednak zbytni ekshibicjonizm. Poza tym trudno ogarnąć słowami te miliony myśli i nieopisanych wrażeń które kłębią się po intensywnych i nowych przeżyciach, i to znów szczególnie trudne zadanie dla kogoś, kto krasomówstwem nie grzeszy.
To tak na wszelki wypadek, gdyby do czytania (i komentowania, co gorsze!) dorwał się jakiś zgorzkniały, zasiedziały w czterech ścianach krytyk jak to się zdarzyło i wymknęło spod kontroli na co niektórych geoblogach...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz