sobota, 29 sierpnia 2009

Ala wraca do domu

Rano pojechałyśmy na Plaza de la Revolucion, gdzie mieści się siedziba VIMEXu, aby odebrać dyplomy za udział w projekcie, i trafiłyśmy w sam środek przygotowań do pobijania rekordu Guinnessa. 20 tys. kapeluszników miało wieczorem zatańczyć razem “Thrillera” w hołdzie Jacksonowi. Ale albo lotnisko, albo tańce. Ala pojechała sobie do domu, a wraz z nią większość moich m(nie)j potrzebnych rzeczy i zakupów. Z perspektywy lotu do domu Ryanairem, bez tych 14kg bardziej lżej mi na duchu chyba nawet niż na plecach=) Thrillera i w końcu tylko 13tys. tancerzy można sobie było zobaczyć w wiadomościach na całym świecie; obejrzeliśmy z moimi hostami wydanie francuskie w Internecie.

piątek, 28 sierpnia 2009

Taxco, srebrne miasto



Malownicze, białe domki, czerwone dachy i brukowane uliczki, które przemierzamy po kilka razy w atmosferze srebrnej gorączki, od jednego sklepu jubilerskiego do drugiego=) Od kolczyków wielkości główki od szpilki, przez wysadzane kamieniami bransoletki po wielkie srebrne tace - pamiątkom stało się (za)dość!

czwartek, 27 sierpnia 2009

DF. Znowu w stolicy.



Przyjeżdżamy nad ranem do Meksyku, i odsypiamy którąś z kolei nocną jazdę autobusem, a po południu idziemy do osławionego przez Cejrowskiego Narodowego Muzeum Antropologii i parku Chapultepec.

Piedra del Sol, objaśnienie wróżbiarskiego kalendarza Azteków

środa, 26 sierpnia 2009

Monte Albán, akcent przedkolumbijski.



Nasz host, José Alberto, który dal nam klucze do swojego mieszkanka i zostawił je pod naszą opieką, prowadzi agencję turystyczną i organizuje wycieczki m.in. do Monte Albán. Trafiły nam się gratisowe zaproszenia, i tak w końcu dotarłyśmy na przedhiszpańskie piramidy-platformy położone w Sierra Madre del Sur na Monte Albán (Białej Górze, chociaż tylko gdy zakwita na wiosnę)– ośrodek na początku olmecki, potem zajęty kolejno przez Zapoteków i Misteków (VI w p.n.e. - XIV w.). Wzniesienie o wys. 400m zostało wyrównane już 500 lat p.n.e., i choć dziś na największych platformach południowej i północnej próżno szukać śladów świątyń, kompleks budowli ciągnących się wzdłuż na kilometr i dziś robi swą rozpiętością wrażenie.

Tajemniczy Los Danzantes, choć już wiadomo, że nie Tancerze, a raczej torturowani jeńcy, do dziś są przedmiotem dyskusji archeologów.

wtorek, 25 sierpnia 2009

Oaxaca


Perełki architektoniczne z okresu kolonialnego, kolorowe kamieniczki i wąskie ulice, a przy tym stolica najbiedniejszego stanu w Meksyku, pozostającego wciąż krainą Indian, głownie Misteków i Zapoteków, i jeszcze 16 innym mniejszych plemion.



Oaxaca słynie z rękodzieła artystycznego zwożonego przez Indian z regionu, którym handlują na targowiskach i w zaułkach Zocalo. Zatem oddajemy się bez skrupułów obowiązkowym zakupom na Mercado de Artesanías: papryczki chili w przeróżnym wydaniu, kawka, najstarsza na świecie czekolada, ubrania, ceramika, biżuteria. Zajadamy gigantyczne tortille ze słynnym oaxackim włóknistym serem i stawiamy na BRANSOLETKI :D


lody

pucybut
pinatas
pica? nooo, no mucho;)

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Puerto Escondido. Buena onda y mucha fiesta!



Po pierwsze: mekka surferów (i ich fanek;), z jedyną w Meksyku polską szkołą surfingu. Po drugie: host i miejsce nie z tej ziemi. Levi mieszka w chacie na plaży ze swoim kumplem Babą, który notabene po 7 latach w Indiach został pierwszym meksykańskim guru, cokolwiek to znaczy... Jest jeszcze jego dziewczyna Manu, Włoszka, i razem prowadzą bar afterparty na plaży, Piedra de la Iguana.



Bar jest śmieszną instytucją, prowadzoną od lat przez różne osoby mieszkające sobie razem w pewnego rodzaju komunie; można się dołączyć i odejść jak się komuś znudzi. Wszyscy razem pracują na wynajem, dom, wspólne komunalne wydatki itp. Każdy ma tu swoją role, wspólna jest idea... Obowiązkowo, polecamy wszystkim udającym się do Puerto!



Po trzecie i ostatnie: zostajemy na dłużej! Udzielił nam się nocny tryb życia, pomagamy Leviemu wkręcać ludzi z innych innych imprez do Iguany,o świcie podglądamy surferów (najlepsze fale), odsypiamy, i oczywiście niezmordowanie próbujemy swoich sił na deskach:D

Na razie taak...



ale już wkrótce.... !






P:A:R:A:I:S:O!

środa, 19 sierpnia 2009

Aa-capulco. Kontrasty



Najstarszy i najbardziej znany kurort na pacyficznym wybrzeżu Meksyku. Brzydko, brudno i wszędzie daleko. Poza dzielnicą turystyczną nad samą zatoką, przy plaży zabudowanej wielgaśnymi hotelami wypełnionymi w większości Meksykanami, no i słynnym skalistym cypelkiem La Quebrada, gdzie pooglądałyśmy sobie wieczorkiem śmiałków skaczących z 43m w wąską szczelinę miedzy skalami, nie ma tu zbyt wielu atrakcji. Utrwalamy opaleniznę i uciekamy po dwóch dniach.








sobota, 15 sierpnia 2009

Adiós, Aniko!



Obóz żółwiowy się skończył, ludzie rozjechali, przyjechali nowi a dla Aniko i dla mnie nastąpił koniec wspólnej przygody. W ciągu 5 miesięcy przez praktycznie 24h na dobę razem bywały różnice zdań, trzaskanie (cudzymi) drzwiami i ciche dni, normalne, ale przede wszystkim wspólne pomysły, plany, podobne priorytety, zaufanie i poniekąd poczucie odpowiedzialności jedna za druga. I niezliczona ilość niezapomnianych miejsc i momentów. Oficjalnie mówimy sobie gracias, adios y que le vaya bien! =)

No tak, stronkę można by rzeczywiście przechrzcić na weralicje, ale kto by tu potem za nami trafił;)

Zostajemy jeszcze w Buena Vista do wtorku, czekając na urodziny maluchów. Atmosfera w domku sprzyjająca relaksacji, lodówka pełna i po dwóch tygodniach czujemy się tu jak u siebie. W niedziele przyjechała nowa grupa, na pierwszy rzut oka jakaś bardziej wyciszona od naszej, no i z początkową znajomością hiszpańskiego... Nie wiem, jak dadzą w tym kraju dalej rade. Na żółwiowej prezentacji po raz pierwszy oficjalnie sprawdziłam się jako tłumaczka, niestety nie chcieli zatrudnić mnie na stałe :/

czwartek, 13 sierpnia 2009

Marzenia się spełniaaają!



Deski dostałyśmy na 12 dni za butelkę tequili. Wynalazł je znajomy Ximeny z wioski, który opiekuje się jednym z domów przy plaży. Za oficjalnym uprzednim przyzwoleniem skorzystałyśmy z nieobecności właścicieli:D Najpierw były pierwsze siniaki i próby równowagi na naszej żółwiowej plaży, potem Ximena zawiozła nas na pobliska plażę El Saladita i w końcu wpół na stopa, w pół autobusem wyprawiałyśmy się same na wycieczki po okolicy (Troncones) w poszukiwaniu lepszych fal dla początkujących. Przyjechała kiedyś Monze, kuzynka Jessiki, naszej specjalistki od żółwiowych spraw, była instruktorka surfingu, no i dala niezły wycisk... Wbrew obiegowym opiniom, w surfowaniu na naszym etapie przynajmniej, więcej jest podpływania do fali, siłowania z żywiołem i oczekiwania niż frajdy ze ślizgu... Nieważne! Te kilka sekund na stojaka, przed wskoczeniem do wody na zupełnie nieprzewidywalne części ciała, przekoziołkowaniem pod powierzchnia przed obiciem o dno i soczystym łykiem słonej wody, rekompensuje wszystko!!! Nie poddajemy się tak łatwo=)














wtorek, 11 sierpnia 2009

Wspomnienia z operacji żółwie