piątek, 31 lipca 2009

Największe miasto świata i „żółwie projekt” ;P

Rano pojechałyśmy na spotkanie z pozostałymi uczestnikami projektu i zapowiedziane mini szkolenie odnośnie tego, czym mamy się przez najbliższe dwa tygodnie zajmować. Na dostarczonej przez naszego hosta mapie metra miałyśmy zaznaczone stacje, których bezwzględnie należy unikać, no i generalnie dzielnice w których raczej nie chciałybyśmy się przez przypadek znaleźć. Miasto moloch w ciągu dnia nie straszy, w nocy nie wiem... Dotarłyśmy bez problemu pod wskazany adres, reszta uczestników nie bardzo bo z domniemanej 10 przybyły na czas 4 osoby plus lider naszej grupy, więc zamiast szkolenia pojechaliśmy na wycieczkę po centrum, pierwsze tacos które wierze, były pysznosciowe ale resztki mojej meksykańskiej grypy złapanej jeszcze w Stanach nie pozwoliły mi się przekonać. Ale już prawie ozdrowiałam, mogę się przyznać oficjalnie, ze przeżyje. Po południu Aden, nasz lider, zabrał nas do siebie do domu na prezentacje rodzinna: no i tu jak zwykle w takich sytuacjach nie wiadomo, kto był dla kogo większą rozrywka – czy Adena ojciec wyśpiewujący dla nas serenady przy gitarze i dziadek częstujący czymś „lepszym bo mocniejszym niż tequila” (mezcal?) czy my wpatrzone w ten autentyczny pokaz meksykańskiej gościnności z uśmiechem na twarzy=)
Wieczorem jedziemy nocnym autobusem do Zihuatenejo.

czwartek, 30 lipca 2009

środa, 29 lipca 2009

Ale Meksyk! Czyli o tym, jak niechcący nielegalnie przekroczyłyśmy granice

El Paso w USA i Juarez w Meksyku, mimo ze podzielone murem/walem, funkcjonalnie stanowią jedna całość, np. karetki zwożą ciężko rannych do szpitala w El Paso, a pracownicy z El Paso na stale mieszkają po stronie meksykańskiej codziennie przekraczając granice w drodze do pracy. Nie potrzebują do tego nawet paszportów, posługując się specjalnymi plastikowymi kartami – przepustkami, a autobusy z jednej strony na druga kursują przez łączące je 2 jednokierunkowe mosty co 20 minut.

Wsiadłyśmy w jeden z takich żółtych autobusów, jako jedyne blade twarze w otoczeniu Latynosów. Po stronie amerykańskiej nikt nawet nie pofatygował się, aby zajrzeć do środka, a przy wjeździe do Juarez jedna pani oficer przespacerowała się po autobusie, wgapiając po kolei w znajome zmęczone twarze, i nie wyraziła ochoty zajrzenia w nasze paszporty przygotowane do kontroli i trzymane w rekach. Wjechałyśmy do miasta. I tu wyczytałam na odwrocie nieoddanej amerykańskiej karty wyjazdu, ze niewymeldowanie się na granicy grozi odmowa wpuszczenia na terytorium USA przy następnej probie wjazdu (za miesiąc!), no i niepokoiły te przebijające się przez mur stresowego otępienia strzępki informacji, jak to ważne jest otrzymanie pieczątki wjazdowej i uiszczenie opłaty 25 USD przy wjeżdżaniu do Meksyku. Wracamy! Pojechałyśmy tym samym autobusem, przez równoległy most, z powrotem: po stronie meksykańskiej oficerowie wykazali zrozumienie (niech żyje mój hiszpański!), Amerykanie po tej stronie skrupulatnie kontrolujący wjeżdżających ze zdumieniem wysłuchali naszej historii, i zabrali karty, po czym pomaszerowałyśmy skąd przyjechałyśmy, zupełnie pod prąd przemieszczającej się na piechotę masy ludzi (most jednokierunkowy). Tu znowu spotkanie trzecie ze służbami meksykańskimi, które upierały się za żadnej pieczątki ani podpisu nie potrzebujemy, no i nijak nie chcieli sobie dać wcisnąć tych 25 USD. Z powrotem znalazłyśmy się w Ciudad Juarez, jednym z najniebezpieczniejszych dzisiaj miast świata – od stycznia tego roku w ulicznych konfrontacjach karteli zginęło ponad 1200 osób. Żołnierze uzbrojeni po zęby, w najbardziej rzucające się w oczy karabiny maszynowe, ustawiają się wzdłuż ulic dojazdowych do granicy, stoją na skrzyżowaniach i jeżdżą po mieście upakowani na ciężarówkach. Byle dojechać do lotniska. Chciałyśmy przejść pod pierwszy most i zatrzymać jeden z żółtych autobusów, ale zaczepił nas po drodze jakich człowiek i powiedział, ze publiczne autobusy jeżdżące tez na lotnisko zatrzymują się tuz za rogiem co 5 min i powinnyśmy wziąć ten miejski, bo kosztuje 4 peso a nie 10 dolarów, no i ze żółty autobus nam się na środku ulicy nie zatrzyma. Wzbudzał zaufanie. Autobus przyjechał po 10 minutach, które spędziłyśmy na przekonywaniu taksówkarza, ze go nie potrzebujemy (przed nieuczciwymi taksówkami tez nas ostrzegali) i upewnianiu się, czy aby autobus na pewno przyjedzie i dowiezie nas na lotnisko. Tuz przed tym jak, wsiadłyśmy, okazało się ze jednak nie dowiezie, bo trzeba będzie się przesiąść. Za późno na zmiany, pojechałyśmy. Przesiadka wcale nieskomplikowana, tyle ze kierowca nieuczciwy zapytany o resztę z biletu zaśmiał mi się w twarz. Byłyśmy w końcu na ostatniej prostej na lotnisko... Przez jakieś następne 1,5h !!! ludzie wsiadali i wysiadali co kilkanaście metrów, kierowca urządzał pogawędki z co drugim pasażerem, no i dodatkowe postoje np. przy stanowisku sprzedawcy lodów czy cukierków przy drodze.
Dobiegłyśmy do bramki Interjeta 45 minut przed odlotem, na finalnym odcinku przechodząc przez autostradę bo tak nam się trefny autobus zatrzymał – przy drodze szybkiego ruchu na wysokości lotniska.

W samolocie ludzie mówią nam, żeby się nie zrażać, bo na południu Meksyku jest normalnie, ludzie znowu są serdeczni a tylko na północy skupia się cale zło. Mamy wierzyć?

wtorek, 28 lipca 2009

Mimetyzm i surfing po wydmach. Pomnik Narodowy Białych Piasków, Nowy Meksyk.



I gdzie ten mimetyzm? Rozszyfruje go już wkrótce, aparat nam się rozładował a chłopaki zabrali wszystkie nasze wspólne zdjęcia... Generalnie to świetne towarzystwo, klimatyczne takie zupełnie nieoczekiwanie nam się trafiło na te kilka dni, i kawal drogi razem przemierzyliśmy! Jutro Benny i Maurice ruszają dalej na wschód, do San Antonio, a my przekraczamy na piechotkę granice z Meksykiem i po południu lecimy z Ciudad Juarez do DF. DO zobaczenia na lotnisku, Ala!

poniedziałek, 27 lipca 2009

Kalifornia - Arizona-Nowy Meksyk-Teksas. Impresje z trasy. El Paso



Wieczorem dojechaliśmy w końcu do El Paso. Dziwne miasto. Wymarłe jakby. O 21 w centrum nie znajdziesz żywego ducha. Zatrzymaliśmy się przy budce telefonicznej, coby zadzwonić do naszego hosta Nadava z obwieszczaniem, ze przybyłyśmy dzień wcześniej i zapytaniem, czy nie będzie problemu z noclegiem. Dwa meksykańsko wyglądające typy stojące przed barem zagadnęły nas niby przyjaźnie i nawet użyczyły swoich telefonów, na koniec szepcąc konspiracyjnie: bądźcie ostrożni!!! Benny i Maurice, z którymi jeździmy, mieli spać u rodziców swojej koleżanki z wymiany w Rotterdamie, i mieli gotowy adres, trzeba było tylko trafić. Na stacji benzynowej informacji zasięgnąć po angielsku nie łatwo, za to usłyszeć można prośbę o dołożenie się do benzyny (amigo!) czy kolejne: bądźcie ostrożni! To chyba takie lokalne pozdrowienie na dzień dobry/do widzenia...


"Lina" - ochrzczona jeszcze przez pierwszych wlascicieli. Ziściła się cicha nadzieja na dom na kolkach;)

Taka studnia XXI wieku niby. Dozownik z woda na pustyni.


niedziela, 26 lipca 2009

Meksyk? Jeszcze nie: pustynia Sonora. Arizona



Były już dżungle i lodowce, i tak z dwójką zwariowanych surferów wylądowałyśmy na pustyni! Jak nie uschnę, to wrócę=)







Pomnik narodowy USA: organ pipe cactus

piątek, 24 lipca 2009

Przez El Paso?

Takie San Diego!
Nagle zwroty akcji: od rana klikamy, czytamy i szukamy najtańszej możliwości, jakby tu się dostać do miasta Meksyk (dalej zwane Distrito Federal;) na 30.07; z krotka przerwa na spacer po przystani, Little Italię i Downtown. Pojawia się opcja jazdy z przyjacielem Johna, lekarzem który kursuje regularnie między Stanami a Meksykiem doszkalając lekarzy na południu. Własnym samochodem byłoby najwygodniej. Jedzie 29 z Teksasu. Trochę nam daleko no i za późno. Po południu konkurs wygrywa lot Tijuana – DF; jedynie dla mnie, Aniko się poddaje i przez dwa tygodnie zamiast ratować żółwie będzie zwiedzać Kalifornie. No rzeczywiście, same dwa tygodnie może sobie odpuścić, my z Ala mamy dłuższe miesięczne plany. Nie ma czasu na uskutecznienie zakupu biletu, musimy zmienić lokacje na nocleg. Dosyć stresujące. Jedziemy pociągiem do Encenitas, kolejnego miasteczka surferów, na północ od San Diego. To przecież nie w ta stronę miało dzisiaj być!!




W Encenitas następuje przewrót meksykopoglądowy: w domu Jeremiego spotykamy Alaine (?) z Bordoux, która jutro rano jedzie na jednodniowa wycieczkę do Tijuany (sic!), Maurica (Holandia) i Bena (Niemcy), którzy wyposażeni w swiezusko zakupionego wana jada jutro do Monterrey w Meksyku postudiować od sierpnia przez 6 mies, przez El Paso!!! Nie spieszy się chłopakom więc do Meksyku z nimi nie dojedziemy; zamiast lotu Tijuana-DF będzie Ciudad Juarez-DF i jutro uderzamy do Arizony. Tylko chłopaki mówią, ze najpierw trzeba będzie wana posprzątać i zamontować siedzonka... podróżowanie na spontan fajne jest!

czwartek, 23 lipca 2009

Rybia miłość na Oceanbeach. San Diego.

Przyjechałyśmy wieczorkiem, stopem sztuk 3, z lincolnem z wnętrzami od Cartiera włącznie. W sama porę na spektakl na plaży w Oceanbeach, gdzie w lecie w pełni księżyca rybki o dziwnej nazwie wynoszone falami przypływu, zagrzebane po pyszczki w piasku składają jajeczka (panie) i zaraz po tym jak panie wy/odpłyną, panowie składają co trzeba w to samo miejsce. Uroczo; zdjęć nie ma – w stanie Kalifornia takie przyjemności dozwolone od lat 21:) Przypływ był super, fale gigantyczne i pewnie przez nie rybki nie bardzo siliły się na swój zwyczajowy ekshibicjonizm...

Następnie mniej pocieszne wieczorne medytacje angażujące naszego hosta Johna i trójkę innych surferów, o bezpieczeństwie w Meksyku i dumanie o tym, jakby tu żywcem i w jednym kawałku północną część kraju przejechać. Nastraszyli nas w LA porządnie, tak ze już nie wiem czego się trzymać i łapiemy paranoje. Miałyśmy jutro tj w sobotę jechać do Tijuany ale raczej się nie zanosi, Tijuane każą nam omijać szerokim lukiem, a najlepiej lobem. Został tydzień do wielkiego spotkania w La Ciudad de Mexico i zrobimy wszystko, aby żółwiom morskim w porę ruszyć na ratunek=)

PS Prawda, mapka troszkę nam się zdeaktualizowala. Samoa innym razem.

środa, 22 lipca 2009

El pueblo de Los Angeles





Rano schodziłyśmy na piechotkę całe Downtown: Financial District, Walt Disney City Hall, Bibliotekę, Katedrę, MOCA (zamknięte w środy), budynek poczty, Union Station i el pueblo de Los Angeles, czyli najstarszą cześć miasta w klimacie zgodnym z tym z pierwszych lat osady, tj. wybitnie latynoskim.


najstarszy dom w LA


Museum of Contemporary Art


Muzeum Gugenheima w Bilbao? Nie, Walt Disney Concert Hall





Wieczorem wybraliśmy się we trojkę na mecz baseballu LA Dodgers (na swoim stadionie, kolejny obowiązkowy pkt zwiedzania) vs Cincinnati Reds, bez uwzględnienia uprzednio faktu, i tego dnia do biletów dołączone były gratisy w postaci figurek “bubble heads” Manny'ego Rodrigueza, niekwestionowanej największej gwiazdy baseballu jaką dzisiaj wielbi LA. Bilety zostały niestety tylko takie za 70$, mecz był jednym z dwóch w tym tygodniu ale na dzień następny nie miałyśmy szans, miałyśmy już jechać na południe w kierunku Meksyku. Zaczełyśmy wypytywać o bilety koników, czyli w sumie wszystkich przypadkowych, stojących sobie przy wyjściu ludzi. Chłopak, którego ja zaczepiłam powiedział, ze da nam bilety za darmo (akurat ostatnie 3, które mu zostały), jeśli odniesiemy mu figurki dawane przy wejściu. Jasne, ze odniesiemy, po co nam jakieś bąbelkogłowe Manny?! Na zobaczenie Manny'ego w akcji nie było szans, bo został lekko skontuzjowany na ostatnim spotkaniu.




W trakcie meczu śmiechowo, nie za bardzo łapiemy, co się dzieje, Dave nam głośno objaśnia, wszyscy wokół poprzebierani na biało-niebiesko maja radochę po czym po kolei zaczynają włączać się i dorzucać swoje trzy grosze odnośnie zawiłych baseballowych reguł! Atmosfera od początku na wypełnionym po brzegi 55 tys. stadionie świetna, ale rozgrzewa się na dobre w 5. rundzie , kiedy wszystkie 3 bazy Dodgersów zostają obsadzone, a na boisko z kijem wchodzi boski Manny!! Kibiców ogarnął szał, ludzie powstawali z krzeseł a podtrzymywane en kolejnych tarasach trybun piłki plażowe zignorowane pospadały w dół – i co dalej? Manny wybił piłkę na out, truchtem w ryku wiwatów obiegł boisko i zdobył dla swojej drużyny tzw. “grand slam”, czyli 4 pkty dla biało-niebieskich!
Manny się ukłonił i zszedł z boiska; podobno po dwóch miesiącach jeszcze o tej rozgrywce ludzie z absolutną pasją opowiadają.



Po meczu zrobiliśmy sobie jeszcze nocna wycieczkę na Walk of Fame, do Kodak Theatre (gale oskarowe) i pielgrzymkę pod napis Hollywood, ale coby obowiązkowa sesja miała widoczny sens wróciliśmy tam jeszcze z Davidem następnego dnia o 8 rano, przed wyruszeniem w dalsza trasę.



wtorek, 21 lipca 2009

Rolki wzdłuż plaży i jachty w Los Angeles.



Na plaży, na plaży fajnie jest! (moge sobie, od 21 obowiązuje ubezpieczenie na US;)



Atrakcji w LA część 1, czyli moja prywatna mała wizja Kalifornii wcielona w życie dzięki Davowi:D





Lekcja żeglowania w LA? Wszystko jest możliwe jak się ma znajomości;) Przyjęłyśmy zaproszenie szefa Davida na wycieczkę po zatoce na jego lodzi:D

poniedziałek, 20 lipca 2009

20.07.2009 Znowu :D

jak nadruk z t-shirta;) californiaaa!

Linia zmiany daty, bagatela przerabiana na wszystkie strony z niejaka Halina na kółku geograficznym w gimnazjum, pogubiła mnie trochę przy rezerwacji biletu. Zwróciły nam się w końcu te zgubione godziny i jeszcze dostałyśmy jakieś 9 a conto:)

Przeprawa przez Customs&Immigration – błyskawiczna i bezproblemowa! Obeszło się tym razem bez analizowania zdjęć, video, podeszwy buta i zawartości plecaków ( jak w NZ). Pierwsze wrażenia w LA – superpozytywne. Nazwy nie wiadomo skąd dobrze znane aż bija po oczach, mam ochotę robić zdjęcia nazwom ulic (i robie;). Wszystko zrobiło się w porównaniu z NZ kolosalne: ulice, budynki, samochody, ludzie... Ważne, ze dalej śmieją się do nas na ulicy:) Kawka w Starbucksie polowe tańsza niż w Polsce, ceny niższe niż w NZ, słonko świeci i palmy jak z obrazka. W autobusie z lotniska do centrum (1USD!) nie mamy drobnych więc widząc nasza sytuacje zaraz jakaś pani kupuje nam bilety=) potem ktoś bierze mapę do reki i zaczyna nam objaśniać. Na ulicy jest więcej hiszpańskiego niż angielskiego; napisy dwujęzyczne (polowa mieszkańców to Latynosi). Bardzo fajny układ, takie przypomnienie przed Meksykiem.

Wysiadamy na skrzyżowaniu Sepulveda i Santa Monica Boulevard. Fajna dzielnica. Tu mieszka David, nasz host z którym od razu ruszamy na plażę Santa Monica obejrzeć zachód słońca (jak się ma samochód to rzut beretem. Do plaży oczywiście.).

Auckland i pożegnanie z Nową Zelandią



Próba złażenia miasta na piechotę raz jeszcze, utknęłyśmy w Empiku na przewodnikach o Kalifornii i Meksyku. Potem jeszcze ostatni rzut oka na centrum miasta, przystań i śmigamy na lotnisko już nie stopem a regularnym busikiem. Na lot do USA trzeba się stawić 3h wcześniej; nasz jest 21.20 ale czekamy już od 17...

sobota, 18 lipca 2009

Christchurch

Katedra.

Lenimy się, ile można, gramy z Erinem i jego współlokatorami w szarady itp i nakręcamy dodatkowo na LA wsłuchując w kalifornijskie pieśni. Wieczorem lot powrotny na północną wyspę i koczowanie do rana na lotnisku w Auckland.

czwartek, 16 lipca 2009

Dunedin i fabryka czekolady


Dunedin. Fajne miasto, studenckie, prawie jak Lublin; no i jak mówią – Edynburg południa. W Edynburgu nie byłam ale szczerze doceniam ściany z cegieł a nie kartonu, choć mimo solidniejszej konstrukcji jak na NZ w domu Sophie i tak panował okrutny, powiedzmy, ziąb. Już mi się tęskni za cieplejszym klimatem.
Mała Szkocja

Dzień spędzony na opychaniu się na degustacjach w fabryce czekolady Cudbury (wyniosłyśmy jeszcze cala torbę darmowych próbek!) i wspinaniu pod najbardziej stroma ulice świata Baldwin St. Największą atrakcja tego dnia pozostanie jednak moje pierwsze prawdziwe odczuwalne tym razem trzęsienie ziemi!!!! Ściany zadrgały, herbata zatelepała a pranie złowieszczo rozhuśtało na suszarce gdy szukałam przed monitorem noclegu w San Diego... Epicentrum było w okolicach Fiordland skąd nas niedawno przegonili, 7.4 w skali Richtera!


Baldwin Street

środa, 15 lipca 2009

Pingwiny, lwy morskie i albatrosy. Półwysep Otago



Przyjechałyśmy na oglądanie pingwinków za wcześnie, kiedy akurat były na rybach;) Obchód odbywa się tylko o jednej porze po południu, pomiędzy 16 a 17 30 bo wtedy pikpoki wychodzą na ląd. W międzyczasie pojechałyśmy jeszcze na koniuszek półwyspu, gdzie znajduje się stacja badawcza albatrosów królewskich... takie duże potrafią być! (ptaszek biały - wróbel, czerwony - albatros)


Albatrosy na niebie wypatrzyłyśmy sztuk dwie, reszta skrywała się po drugiej stronie klifu o tej porze roku wykarmiając młode.


Uwaga! Wychodzą!
Wypełzło ich z oceanu aż 5 w tym samym czasie, wyszły wszystkie na prywatną plaże, której właściciele na ladzie urządzili im małe pingwinkowe miasteczko z malutkimi domkami. Twierdzą, ze zanim dotarli Europejczycy był tu las, w którym pingwinki się chowały, a teraz tylko laka, więc pingwiniaste bez dachu z liści czy czegokolwiek nad głową czułyby się nieswojo. Wszystkie pigwinki, które żyją przy tej plaży to pingwiny żółtookie, taka pingwinkowa rzadka rasa: na całym świecie populacja liczy 4000 par z czego 1000 na NZ a 25 par na naszej plaży.... Nie lubia pingwinowych tłumów i chodzą wszędzie
parami (nam się jakis niesparowany wyjątek najwyraźniej trafił...).


Jak w domu:)



2 PikPoki w pingwinkowym szpitalu, coś tam im dolegało...


Lewek? Ułożył się wygodnie na poduszce z kamienia 2 metry ode mnie i ani myślał ryknąć czy jakakolwiek inna aktywność wykazać.


Schowane w domku pingwinki niebieskie,
najmniejsze na świecie. Zaplątała się wśród żółtookich jedna parka. Powiedzmy.

wtorek, 14 lipca 2009

Fiordy... są gdzieś tam!



Po najbardziej hardcorowej jak do tej pory nocy w Te Anau (4 osoby w fordzie focusie, przynajmniej było ciepło;) rano okazało się, ze droga do Milford Sound czyli jedynej bazy wypadowej na piesze wycieczki do fiordów została zamknięta (śnieg i kamienie na oblodzonej drodze), tak wiec chcąc nie chcąc ewakuowaliśmy się z powrotem do Queenstown i dalej do Dunedin.

poniedziałek, 13 lipca 2009

Sprint przez West Coast.



Robe i Araceli zdecydowali przenocować w Fox specjalnie dla nas i tym samym zmobilizowali nas do wstania o świcie i wyruszenia razem w drogę o 7 rano. Ponieważ zjeżdżają cala NZ w 12 dni, preferują zwiedzanie na Japończyka i sfotografowanie tylu pejzaży, ile tylko zdzierży karta pamięci. Bardzo nam ten system odpowiada, bo mamy możliwość dotrzeć nimi w miejsca, o których autostopowiczom nawet się nie śniło! No chyba, ze są już tak rozpieszczeni przez kierowców jak my dwie;) Cel – fiordland na pd-zach koniuszku wyspy, 560km wzdłuż plaż, pomiędzy górami i jeziorami oraz wszystkie tarasy widokowe po drodze...
Z żalem opuściłam Queenstown – takie megawypaśne nowozelandzkie Zakopane z tłumami turystów i rześkim zapachem snowboardu przywianym ze stoku... eh, kolejne marzenie trzeba odłożyć na potem. Ja tu jeszcze wrócę!





I sprawdziło się to, o czym przekonywali nas wszyscy nasi lokalni przewodnicy od początku -im dalej na południe, tym widoki bardziej niesamowite i barwy intensywniejsze:D git! No ale żeby nie było tak kolorowo, temperatura regularnie spada... BRR!

Ship Creek - na plaży gdzieś po drodze