Przyjechałyśmy na oglądanie pingwinków za wcześnie, kiedy akurat były na rybach;) Obchód odbywa się tylko o jednej porze po południu, pomiędzy 16 a 17 30 bo wtedy pikpoki wychodzą na ląd. W międzyczasie pojechałyśmy jeszcze na koniuszek półwyspu, gdzie znajduje się stacja badawcza albatrosów królewskich... takie duże potrafią być! (ptaszek biały - wróbel, czerwony - albatros)
Albatrosy na niebie wypatrzyłyśmy sztuk dwie, reszta skrywała się po drugiej stronie klifu o tej porze roku wykarmiając młode.
Wypełzło ich z oceanu aż 5 w tym samym czasie, wyszły wszystkie na prywatną plaże, której właściciele na ladzie urządzili im małe pingwinkowe miasteczko z malutkimi domkami. Twierdzą, ze zanim dotarli Europejczycy był tu las, w którym pingwinki się chowały, a teraz tylko laka, więc pingwiniaste bez dachu z liści czy czegokolwiek nad głową czułyby się nieswojo. Wszystkie pigwinki, które żyją przy tej plaży to pingwiny żółtookie, taka pingwinkowa rzadka rasa: na całym świecie populacja liczy 4000 par z czego 1000 na NZ a 25 par na naszej plaży.... Nie lubia pingwinowych tłumów i chodzą wszędzie
parami (nam się jakis niesparowany wyjątek najwyraźniej trafił...).
Jak w domu:)
2 PikPoki w pingwinkowym szpitalu, coś tam im dolegało...
Lewek? Ułożył się wygodnie na poduszce z kamienia 2 metry ode mnie i ani myślał ryknąć czy jakakolwiek inna aktywność wykazać.
Schowane w domku pingwinki niebieskie,
najmniejsze na świecie. Zaplątała się wśród żółtookich jedna parka. Powiedzmy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz