Przyjechałyśmy wieczorkiem, stopem sztuk 3, z lincolnem z wnętrzami od Cartiera włącznie. W sama porę na spektakl na plaży w Oceanbeach, gdzie w lecie w pełni księżyca rybki o dziwnej nazwie wynoszone falami przypływu, zagrzebane po pyszczki w piasku składają jajeczka (panie) i zaraz po tym jak panie wy/odpłyną, panowie składają co trzeba w to samo miejsce. Uroczo; zdjęć nie ma – w stanie Kalifornia takie przyjemności dozwolone od lat 21:) Przypływ był super, fale gigantyczne i pewnie przez nie rybki nie bardzo siliły się na swój zwyczajowy ekshibicjonizm...
Następnie mniej pocieszne wieczorne medytacje angażujące naszego hosta Johna i trójkę innych surferów, o bezpieczeństwie w Meksyku i dumanie o tym, jakby tu żywcem i w jednym kawałku północną część kraju przejechać. Nastraszyli nas w LA porządnie, tak ze już nie wiem czego się trzymać i łapiemy paranoje. Miałyśmy jutro tj w sobotę jechać do Tijuany ale raczej się nie zanosi, Tijuane każą nam omijać szerokim lukiem, a najlepiej lobem. Został tydzień do wielkiego spotkania w La Ciudad de Mexico i zrobimy wszystko, aby żółwiom morskim w porę ruszyć na ratunek=)
PS Prawda, mapka troszkę nam się zdeaktualizowala. Samoa innym razem.
czwartek, 23 lipca 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz