poniedziałek, 13 lipca 2009

Sprint przez West Coast.



Robe i Araceli zdecydowali przenocować w Fox specjalnie dla nas i tym samym zmobilizowali nas do wstania o świcie i wyruszenia razem w drogę o 7 rano. Ponieważ zjeżdżają cala NZ w 12 dni, preferują zwiedzanie na Japończyka i sfotografowanie tylu pejzaży, ile tylko zdzierży karta pamięci. Bardzo nam ten system odpowiada, bo mamy możliwość dotrzeć nimi w miejsca, o których autostopowiczom nawet się nie śniło! No chyba, ze są już tak rozpieszczeni przez kierowców jak my dwie;) Cel – fiordland na pd-zach koniuszku wyspy, 560km wzdłuż plaż, pomiędzy górami i jeziorami oraz wszystkie tarasy widokowe po drodze...
Z żalem opuściłam Queenstown – takie megawypaśne nowozelandzkie Zakopane z tłumami turystów i rześkim zapachem snowboardu przywianym ze stoku... eh, kolejne marzenie trzeba odłożyć na potem. Ja tu jeszcze wrócę!





I sprawdziło się to, o czym przekonywali nas wszyscy nasi lokalni przewodnicy od początku -im dalej na południe, tym widoki bardziej niesamowite i barwy intensywniejsze:D git! No ale żeby nie było tak kolorowo, temperatura regularnie spada... BRR!

Ship Creek - na plaży gdzieś po drodze

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz