środa, 22 lipca 2009

El pueblo de Los Angeles





Rano schodziłyśmy na piechotkę całe Downtown: Financial District, Walt Disney City Hall, Bibliotekę, Katedrę, MOCA (zamknięte w środy), budynek poczty, Union Station i el pueblo de Los Angeles, czyli najstarszą cześć miasta w klimacie zgodnym z tym z pierwszych lat osady, tj. wybitnie latynoskim.


najstarszy dom w LA


Museum of Contemporary Art


Muzeum Gugenheima w Bilbao? Nie, Walt Disney Concert Hall





Wieczorem wybraliśmy się we trojkę na mecz baseballu LA Dodgers (na swoim stadionie, kolejny obowiązkowy pkt zwiedzania) vs Cincinnati Reds, bez uwzględnienia uprzednio faktu, i tego dnia do biletów dołączone były gratisy w postaci figurek “bubble heads” Manny'ego Rodrigueza, niekwestionowanej największej gwiazdy baseballu jaką dzisiaj wielbi LA. Bilety zostały niestety tylko takie za 70$, mecz był jednym z dwóch w tym tygodniu ale na dzień następny nie miałyśmy szans, miałyśmy już jechać na południe w kierunku Meksyku. Zaczełyśmy wypytywać o bilety koników, czyli w sumie wszystkich przypadkowych, stojących sobie przy wyjściu ludzi. Chłopak, którego ja zaczepiłam powiedział, ze da nam bilety za darmo (akurat ostatnie 3, które mu zostały), jeśli odniesiemy mu figurki dawane przy wejściu. Jasne, ze odniesiemy, po co nam jakieś bąbelkogłowe Manny?! Na zobaczenie Manny'ego w akcji nie było szans, bo został lekko skontuzjowany na ostatnim spotkaniu.




W trakcie meczu śmiechowo, nie za bardzo łapiemy, co się dzieje, Dave nam głośno objaśnia, wszyscy wokół poprzebierani na biało-niebiesko maja radochę po czym po kolei zaczynają włączać się i dorzucać swoje trzy grosze odnośnie zawiłych baseballowych reguł! Atmosfera od początku na wypełnionym po brzegi 55 tys. stadionie świetna, ale rozgrzewa się na dobre w 5. rundzie , kiedy wszystkie 3 bazy Dodgersów zostają obsadzone, a na boisko z kijem wchodzi boski Manny!! Kibiców ogarnął szał, ludzie powstawali z krzeseł a podtrzymywane en kolejnych tarasach trybun piłki plażowe zignorowane pospadały w dół – i co dalej? Manny wybił piłkę na out, truchtem w ryku wiwatów obiegł boisko i zdobył dla swojej drużyny tzw. “grand slam”, czyli 4 pkty dla biało-niebieskich!
Manny się ukłonił i zszedł z boiska; podobno po dwóch miesiącach jeszcze o tej rozgrywce ludzie z absolutną pasją opowiadają.



Po meczu zrobiliśmy sobie jeszcze nocna wycieczkę na Walk of Fame, do Kodak Theatre (gale oskarowe) i pielgrzymkę pod napis Hollywood, ale coby obowiązkowa sesja miała widoczny sens wróciliśmy tam jeszcze z Davidem następnego dnia o 8 rano, przed wyruszeniem w dalsza trasę.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz