poniedziałek, 20 lipca 2009

20.07.2009 Znowu :D

jak nadruk z t-shirta;) californiaaa!

Linia zmiany daty, bagatela przerabiana na wszystkie strony z niejaka Halina na kółku geograficznym w gimnazjum, pogubiła mnie trochę przy rezerwacji biletu. Zwróciły nam się w końcu te zgubione godziny i jeszcze dostałyśmy jakieś 9 a conto:)

Przeprawa przez Customs&Immigration – błyskawiczna i bezproblemowa! Obeszło się tym razem bez analizowania zdjęć, video, podeszwy buta i zawartości plecaków ( jak w NZ). Pierwsze wrażenia w LA – superpozytywne. Nazwy nie wiadomo skąd dobrze znane aż bija po oczach, mam ochotę robić zdjęcia nazwom ulic (i robie;). Wszystko zrobiło się w porównaniu z NZ kolosalne: ulice, budynki, samochody, ludzie... Ważne, ze dalej śmieją się do nas na ulicy:) Kawka w Starbucksie polowe tańsza niż w Polsce, ceny niższe niż w NZ, słonko świeci i palmy jak z obrazka. W autobusie z lotniska do centrum (1USD!) nie mamy drobnych więc widząc nasza sytuacje zaraz jakaś pani kupuje nam bilety=) potem ktoś bierze mapę do reki i zaczyna nam objaśniać. Na ulicy jest więcej hiszpańskiego niż angielskiego; napisy dwujęzyczne (polowa mieszkańców to Latynosi). Bardzo fajny układ, takie przypomnienie przed Meksykiem.

Wysiadamy na skrzyżowaniu Sepulveda i Santa Monica Boulevard. Fajna dzielnica. Tu mieszka David, nasz host z którym od razu ruszamy na plażę Santa Monica obejrzeć zachód słońca (jak się ma samochód to rzut beretem. Do plaży oczywiście.).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz