W Wellington leniłyśmy się okrutnie od czwartku wieczór do poniedziałku, poniekąd wypatrując jakichś pomyślnych wiatrów, które zaniosłyby nas alternatywna metoda na południe. Pogoda paskudna, leje i leje i chmurzy się od rana – no jak tu się wydostać spod kominka? W końcu jakoś wdrapałyśmy się jednak na gore Wiktorii, poślizgałyśmy kilka razy na linach w ogrodzie botanicznym który wygląda bardziej jak weekendowy park, szwendałyśmy po popularnej Cuba Street, która roi się od ludzi (i panuje tu prawdziwe zatrzęsienie kafejek i barów, per capita przypada więcej niż w NY!!!) i doświadczyłyśmy wstrząsów 5go stopnia w skali Richtera podczas symulacji w najbardziej interaktywnym muzeum na świecie Te Papa. Muzeum naprawdę da się lubić, wszystkiego można dotknąć, pogrzebać, powciskać kolorowe guziki, wejść do plastikowego serca wieloryba albo przysiąść na kanapie przeglądając jakieś albumy czy oglądając film... Taki plac zabaw dla małych (i dużych) dzieci. A z poważnych zalet fakt, ze jest za darmo;)
Miasto fajne, pełne outsiderów spacerujących w deszczu na bosaka, maniaków uprawiających jogging w koszulkach na ramiączkach (10stopni!), jachtów i przeklętych, stromych zygzakujących uliczek albo co gorsza schodów łączących je na skróty (ze niby prościej, ha!) wiodących do domów naszych gospodarzy.
Spałyśmy najpierw dwie noce u Russela, dopóki jego przechodząca grypę (!) siostra nie zaczęła uskarżać się na brak dostępu do telewizora i musiałyśmy się ratować tzw. „emergency couch”. Jak dotąd był to najdziwniejszy nocleg – w domu widmo, bo po telefonie do Joela okazało się ze był akurat poza miastem, ale dostałyśmy namiar do innej couchsurferki która akurat u niego nocowała. Przez dwa dni miałyśmy we trzy piętrowy duży dom tylko dla siebie, bo ani razu nie widziałam żadnego z dwóch domniemanych współlokatorów ani nawet właściciela.
próba stopa, choć to nie do końca tak wyglądało...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz