Rano pojechałyśmy na spotkanie z pozostałymi uczestnikami projektu i zapowiedziane mini szkolenie odnośnie tego, czym mamy się przez najbliższe dwa tygodnie zajmować. Na dostarczonej przez naszego hosta mapie metra miałyśmy zaznaczone stacje, których bezwzględnie należy unikać, no i generalnie dzielnice w których raczej nie chciałybyśmy się przez przypadek znaleźć. Miasto moloch w ciągu dnia nie straszy, w nocy nie wiem... Dotarłyśmy bez problemu pod wskazany adres, reszta uczestników nie bardzo bo z domniemanej 10 przybyły na czas 4 osoby plus lider naszej grupy, więc zamiast szkolenia pojechaliśmy na wycieczkę po centrum, pierwsze tacos które wierze, były pysznosciowe ale resztki mojej meksykańskiej grypy złapanej jeszcze w Stanach nie pozwoliły mi się przekonać. Ale już prawie ozdrowiałam, mogę się przyznać oficjalnie, ze przeżyje. Po południu Aden, nasz lider, zabrał nas do siebie do domu na prezentacje rodzinna: no i tu jak zwykle w takich sytuacjach nie wiadomo, kto był dla kogo większą rozrywka – czy Adena ojciec wyśpiewujący dla nas serenady przy gitarze i dziadek częstujący czymś „lepszym bo mocniejszym niż tequila” (mezcal?) czy my wpatrzone w ten autentyczny pokaz meksykańskiej gościnności z uśmiechem na twarzy=)
Wieczorem jedziemy nocnym autobusem do Zihuatenejo.
piątek, 31 lipca 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz