El Paso w USA i Juarez w Meksyku, mimo ze podzielone murem/walem, funkcjonalnie stanowią jedna całość, np. karetki zwożą ciężko rannych do szpitala w El Paso, a pracownicy z El Paso na stale mieszkają po stronie meksykańskiej codziennie przekraczając granice w drodze do pracy. Nie potrzebują do tego nawet paszportów, posługując się specjalnymi plastikowymi kartami – przepustkami, a autobusy z jednej strony na druga kursują przez łączące je 2 jednokierunkowe mosty co 20 minut.
Wsiadłyśmy w jeden z takich żółtych autobusów, jako jedyne blade twarze w otoczeniu Latynosów. Po stronie amerykańskiej nikt nawet nie pofatygował się, aby zajrzeć do środka, a przy wjeździe do Juarez jedna pani oficer przespacerowała się po autobusie, wgapiając po kolei w znajome zmęczone twarze, i nie wyraziła ochoty zajrzenia w nasze paszporty przygotowane do kontroli i trzymane w rekach. Wjechałyśmy do miasta. I tu wyczytałam na odwrocie nieoddanej amerykańskiej karty wyjazdu, ze niewymeldowanie się na granicy grozi odmowa wpuszczenia na terytorium USA przy następnej probie wjazdu (za miesiąc!), no i niepokoiły te przebijające się przez mur stresowego otępienia strzępki informacji, jak to ważne jest otrzymanie pieczątki wjazdowej i uiszczenie opłaty 25 USD przy wjeżdżaniu do Meksyku. Wracamy! Pojechałyśmy tym samym autobusem, przez równoległy most, z powrotem: po stronie meksykańskiej oficerowie wykazali zrozumienie (niech żyje mój hiszpański!), Amerykanie po tej stronie skrupulatnie kontrolujący wjeżdżających ze zdumieniem wysłuchali naszej historii, i zabrali karty, po czym pomaszerowałyśmy skąd przyjechałyśmy, zupełnie pod prąd przemieszczającej się na piechotę masy ludzi (most jednokierunkowy). Tu znowu spotkanie trzecie ze służbami meksykańskimi, które upierały się za żadnej pieczątki ani podpisu nie potrzebujemy, no i nijak nie chcieli sobie dać wcisnąć tych 25 USD. Z powrotem znalazłyśmy się w Ciudad Juarez, jednym z najniebezpieczniejszych dzisiaj miast świata – od stycznia tego roku w ulicznych konfrontacjach karteli zginęło ponad 1200 osób. Żołnierze uzbrojeni po zęby, w najbardziej rzucające się w oczy karabiny maszynowe, ustawiają się wzdłuż ulic dojazdowych do granicy, stoją na skrzyżowaniach i jeżdżą po mieście upakowani na ciężarówkach. Byle dojechać do lotniska. Chciałyśmy przejść pod pierwszy most i zatrzymać jeden z żółtych autobusów, ale zaczepił nas po drodze jakich człowiek i powiedział, ze publiczne autobusy jeżdżące tez na lotnisko zatrzymują się tuz za rogiem co 5 min i powinnyśmy wziąć ten miejski, bo kosztuje 4 peso a nie 10 dolarów, no i ze żółty autobus nam się na środku ulicy nie zatrzyma. Wzbudzał zaufanie. Autobus przyjechał po 10 minutach, które spędziłyśmy na przekonywaniu taksówkarza, ze go nie potrzebujemy (przed nieuczciwymi taksówkami tez nas ostrzegali) i upewnianiu się, czy aby autobus na pewno przyjedzie i dowiezie nas na lotnisko. Tuz przed tym jak, wsiadłyśmy, okazało się ze jednak nie dowiezie, bo trzeba będzie się przesiąść. Za późno na zmiany, pojechałyśmy. Przesiadka wcale nieskomplikowana, tyle ze kierowca nieuczciwy zapytany o resztę z biletu zaśmiał mi się w twarz. Byłyśmy w końcu na ostatniej prostej na lotnisko... Przez jakieś następne 1,5h !!! ludzie wsiadali i wysiadali co kilkanaście metrów, kierowca urządzał pogawędki z co drugim pasażerem, no i dodatkowe postoje np. przy stanowisku sprzedawcy lodów czy cukierków przy drodze.
Dobiegłyśmy do bramki Interjeta 45 minut przed odlotem, na finalnym odcinku przechodząc przez autostradę bo tak nam się trefny autobus zatrzymał – przy drodze szybkiego ruchu na wysokości lotniska.
W samolocie ludzie mówią nam, żeby się nie zrażać, bo na południu Meksyku jest normalnie, ludzie znowu są serdeczni a tylko na północy skupia się cale zło. Mamy wierzyć?
środa, 29 lipca 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz